Start  ›  Artykuły  ›  Wspomnienia z ul. Polanki 37  ›  MÓJ  DOM  NIEŚMIERTELNY  ›

Anna Chabior z d. Zachorowska

MÓJ  DOM  NIEŚMIERTELNY


Dom, to:
   •   

mieszkanie, w którym żyje rodzina, ludzie we wspólnocie bytowania, połączeni więzami krwi, potrzebą serca, ekonomią, każdą przyczyną wywołaną umową lub zrządzeniem losu,

   •   

miejsce metafizyczne, nierealne, niematerialne, zbudowane z subtelnej materii dla zaspokojenia potrzeby ducha, do którego można wkroczyć bez względu na miejsce i czas,

   •   

wszystko to, co kojarzy się z najmilszymi wspomnieniami, przeżyciami, zdarzeniami np. talerzyk, szmatka, która kiedyś była ubrankiem, laurka od dziecka, obraz swój i bliskich na tle ukochanych miejsc i cudownych chwil, co ma posmak jedynego i odbieranego wszystkimi zmysłami, niepowtarzalnego, pełnego czarów momentu np. jazda na sankach ciągniętych przez tatę wieczorową porą i zapamiętany wtedy obraz rozgwieżdżonego nieba oraz odgłos kroków na śniegu w trzaskający mróz, ciepło ręki tatowej, gdy zimno, silne zaangażowanie w sprawy, które przyjęliśmy za swoje,

   •   

czas dobra, które zatrzymać możemy na zawsze, czyli tak długo, jak potrafimy np. kraina bezpiecznego dzieciństwa,

   •   

obecność bliskich, ukochanych ludzi bez względu na formę ich fizycznego istnienia. Człowiek żyje tak długo, jak długo jest pamiętany, wspominany, potrzebny, bliski,

   •   

pamięć.


SKĄD  SIĘ  WZIĘŁAM?


Każdy chce wiedzieć, skąd jest i jak to się stało, że jest. Ja też, ale na domiar złego czy dobrego, tak naprawdę nie wiem tego do tej pory, jak to ze mną było, bo ciągle szukam odpowiedzi. Pierwszej udzielili mi rodzice. Nawet nie pamiętam, kiedy. Ich opowieść jeszcze mi się podoba, ale jest niewystarczająco dokładna, skoro czuję niedosyt. Podobno było to tak.

Rodzice- naoczni świadkowie tego doniosłego wydarzenia- pewnego marcowego dnia, a dokładnie wczesnym rozśpiewanym popołudniem, usłyszeli podejrzany szelest dobiegający z małego pokoju. Okno było otwarte, bo właśnie objęli w posiadanie swe nowe ogromne mieszkanie na ul. Polanki w Oliwie i zajmowali się dokładnym wietrzeniem wszystkich pomieszczeń. Zaczęli już marzyć o dzieciątku, które mogłoby jeszcze bardziej osłodzić ich radosne życie. Mieli już ośmioletniego synka mamy, Krzysia, ale było im mało. Do tego szczęścia chcieli dodać dużo rozszczebiotanych dzieciątek, jednak te potrzebować będą sporo przestrzeni, na której może rozkwitnąć bujne życie rodzinne. Właśnie w tym celu nabyli cały wysoki parter kamienicy z pięcioma pokojami i ogromną werandą oraz kuchnią, jak się patrzy. Wychodziło ono aż na cztery strony świata! Tata powtarzał mamie: „Dom, to my i dużo, dużo dzieci. Zawsze będziesz miała pomoc do gospodarstwa i do maluchów, czyli gosposię i nianię. Przecież z moim paryskim doktoratem na wszystko będzie nas stać.” Kochany marzyciel i idealista! Całe szczęście, że mama odznaczała się rozsądkiem, bo i tak klepaliśmy biedę z jego pensji najpierw lekarza w Instytucie Medycyny Morskiej i Tropikalnej, mieszczącej się podówczas w Gdańsku- Wrzeszczu, a następnie naczelnego mikrobiologa Centralnego Laboratorium Przemysłu Rybnego” w Gdyni, naukowca UG, autora ekspertyz, prac naukowych, wynalazków, reprezentanta polskiej ichtiologii na zagranicznych sympozjach naukowych, gdzie odczytywał swe referaty a to w Londynie, a to w Paryżu, czy w Moskwie, ówczesnym Leningradzie, w Budapeszcie, Berlinie Wschodnim, w Bratysławie. Tata nie potrafił robić pieniędzy, a jednak było tego naprawdę niewiele, czego nie umiał.

Otóż, wspomniany wyżej szelest zwiastował obecność posłańca- Aniołka, który przyniósł mnie zawiniętą w okazały bet i, położywszy na tapczanie, odfrunął przez okno. Niestety, rodzice nie rozszerzyli tej opowieści o istotne szczegóły, na przykład, jakiego koloru było anielskie piórko, które przy mnie znaleziono, czy widzieli choćby fragment niebiańskiej szaty, czy usłyszeli jakieś niezwykłe tony choćby harfy... Dziwię się, że nie byłam na tyle dociekliwa, gdy jeszcze byli na ziemi, by prosić o tak istotne szczegóły, ale teraz myślę, że skoro do dziś kocham muzykę i bywa, że ronię łzy, słysząc dźwięki poruszające duszę, to na pewno tej wielkiej chwili towarzyszyć musiała cudownie nastrojowa, migotliwa i czarodziejska melodia. Do kreowania takich dźwięków zdolna jest tylko harfa. Może też i lira?

Wieść o mym pojawieniu się na świecie 17 marca 1950 r. rozeszła się lotem błyskawicy po całej okolicy, gdyż mój brat biegał do wszystkich sąsiadów i, otwierając nieproszony drzwi, krzyczał: „Mamy dziecko!!! Mamy dziecko!!!” W ten sposób i przechodnie naszej zacisznej ulicy pod lasem, i ptactwo niebieskie, i drzewa gęsto porastające ogród, a naprzeciwko domu i las, i szemrzący łagodnie strumyk, przyjęli do wiadomości, że oto samo niebo zesłało pod ten dach maleńkie błogosławieństwo o imieniu Hania. Doprawdy, warto było przyjść, przepraszam, być przyniesioną, w taki sposób. Od tej pory wszystkie inne wersje czy jakieś dziwne historie opowiadane na lekcjach biologii w szkole lub przez koleżanki, traktowałam z przymrużeniem oka. Tak jest do dziś. Naprawdę czuję, że gdyby nie decyzje zapadające dosłownie „odgórnie”, na świecie nie byłoby żadnego człowieka. Sama tylko natura to śmiesznie niedoskonały instrument, grający sprawnie wyłącznie w myśl boskiego planu. I tak sprawę przesądza wpojone mi z miłością przekonanie, które pomagało zresztą przeszłym pokoleniom, że rodzicom trzeba ufać, bo oni naprawdę wiedzą więcej, niż dzieci! Przyniósł mnie Aniołek i już!

Z czasem uznałam jednak i to, że to dr Duchniewicz w Szpitalu Położniczym w Sopocie pomógł mi ogłosić wielkim krzykiem całemu światu, że oto jestem...

WYBRAŃCY.  PORTRETY.


Moich rodziców połączyło Przeznaczenie lub, jak kto woli, Najwyższy maczał w połączeniu ich losów swój Wszechmogący Palec. Warszawa 1944. Jeszcze przed Powstaniem. Samotna matka z dwuletnim synkiem była już osierocona, zdana na pomoc cioci Mani Zaremskiej, siostry ojca- Antoniego Topolewskiego i jej córki, Ireny, później Chojnackiej. Babcia, Ewa z Chojnackich Topolewska, zmarła 22 lutego 1938 r. na wylew krwi do mózgu w wyniku silnego wzburzenia, bo… gosposia w porę nie usunęła z rosołu burzowin! Dziadek Antoni miał za sobą udział w walce z bolszewikami i dotarł aż do Moskwy, goniąc wroga jako legionista Piłsudskiego z 2. pułku lotniczego. Zmarł w 1940 na uremię. Moja mama, Feliksa Topolewska, primo voto Mężeńska, była zamężna już od maja 1940 r., ale w 1944 musiała sobie radzić sama, bo mąż, chory na zatajoną przed ślubem psychiczną dolegliwość, wymagał nieustannej opieki, którą znalazł u swych rodziców i siostry.

Miała 29 lat, była mistrzynią modniarstwa i na 5. piętrze kamienicy przy ul. Wareckiej 9, opiekując się dzieckiem, pracowała na utrzymanie jako modystka, dokonując napraw oraz renowacji kapeluszy. Właśnie wróciła ze szpitala, w którym włożono jej nogę w gips/ gruźlica kości wskutek niedożywienia po przebytym w dzieciństwie urazie na lekcji w-f /. Jakby tego było mało, miała również unieruchomioną rękę, bo w przedramię dostała odłamkiem. Wojna! Właśnie zjeżdżała po poręczy, by wykupić na kartki mleko i sacharynę dla dziecka. Nietrudno zrozumieć, że płakała z bólu, gdy ujrzał ją mój Ojciec. Stanął zdziwiony i, jak się można spodziewać, rozśmieszony tym oryginalnym widokiem i dziwnym mamy zachowaniem. Młodzik, student prawie IV roku weterynarii UW, któremu wojna przerwała w 1939 r. naukę, obecnie żołnierz Armii Krajowej o pseudonimie „Bogusław” i furman pracujący w składzie opałowym Zielkego, /jak on, brodniczanina/, szedł z kwitami do rozliczenia utargu. Na tak niecodzienny widok wybuchł śmiechem. Po chwili jednak niósł na rękach nowopoznaną „piękność” do domu. Jak można się domyślić, zakupów dokonał sam, a potem? No cóż, potem nie była już zdana na siebie i do końca Powstania ten rycerski i silny, dotąd myślący tylko o sobie i rodzinie w Brodnicy powstaniec, już nie jako „Bogusław”, lecz Tadzio, Tadzieniek, Tadziulek, Tadziuś rozpanoszył się w jej sercu i w życiu na zawsze. Swoją drogą, czy gdyby nie ta straszna wojna, Wszechmogący użyłby jakiegoś fortelu, by powiązać te 2 ścieżki równolatków, pochodzących jednak z odległych światów?

Pamiętam opowieści mamy snute w niszy naszego dużego pokoju nad cerowanymi na muszelce skarpetkami. Wtedy to siedziałyśmy z siostrą na małych stołeczkach, wpatrując się w „okienko”, które pierwsze odsłaniało widok na ukochaną postać Tatki wyłaniającą się z Bażyńskiego i wkraczającą na nasze Polanki. Wtedy niczym huragan wybiegałyśmy z domu i z powiewającymi wokół główek warkoczami wpadałyśmy w jego otwarte ramiona! Wyrywałyśmy mu z ręki teczkę pełną papierów i pozwalałyśmy mamie, by go nakarmiła. Właściwie dziwny był to posiłek, bo, siedząc na obu kolanach ojca, otwierałyśmy buzie, by jedną łyżkę mnie, jedną jej itd. Potem biegłyśmy na podwórko sycić się towarzystwem koleżanek. Pamiętam te wspaniałe zapachy i smaki kuchenne, bo mama gotowała wyśmienicie! Tata kładł się na parę minut, by wkrótce z całą rodziną wybierać się na daleki spacer. Zwykle były to wędrówki do lasu, Doliny Radości, Młotowni, na polanę czy żwirownię, a nawet do Sopotu, skąd wracaliśmy tramwajem. Zawsze razem, trzymając się za ręce, spoglądaliśmy na ciągle zakochanych rodziców, słuchaliśmy opowieści tatki i mamy o ich rodzinnych domach, starych dziejach, o leśnych bogactwach i o nas malutkich i starszych.

Wtedy życie miało cenę inną, niż dziś! Ono było darem ciągle zagrożonym. Niektórzy ojcowie koleżanek i kolegów „ginęli” w drodze do domu, niektórzy wracali po latach wyniszczeni i schorowani. Ci, którzy mieli w swej przeszłości walkę w AK i do tego wrócili zza granicy, jak mój Tatko w 1949 z Paryża i z doktoratem, jeśli nie zapisali się do partii, byli pod szczególnym nadzorem i „opieką” państwa. Ta kuratela miała często oryginalną postać! Przez lata tatko pękał ze śmiechu, wspominając, jak moja siostra pocieszała mamę, która w kółko i do znudzenia zadawała to samo pytanie, gdy o 16. nie ukazywał się na rogu Polanek: ”Gdzie ten tatuś? Ach, gdzie ten tatuś?”. Dziecko miało tego dość i, wiedząc, że tatko wraca z pracy w Gdyni elektrycznym, udzieliło jasnej odpowiedzi: „A może tata wpadł pod pociąg?”

Wszystkie te dnie, miesiące i godziny widzę jako szczęśliwy obraz dzieciństwa zamknięty w kuli czasu. Ja ją obracam, a kiedy zechcę, wtedy pod powiekami jasno widzę słoneczny świat pełen zieleni oliwskiego lasu, starodawnych lip rosnących wzdłuż całych Polanek aż do katedry, wielki zaczarowany ogród pełen grządek , ścielących się pomiędzy bujnymi malinówkami, śliwą, gruszą, papierówką i naszą jabłonką, zaglądającą niedyskretnie do mieszkania. Staruszka ta pozostała do dziś jako jedyna pamiętająca tamten szczęsny czas. To pod nią spoczywają szczątki nieodratowanych zamarzniętych ptaszków, naszych kotków i jamniczki Funi, która zeszła w wieku 16. lat. Nie ma Tatki, nie ma Mamy, nas też- choć jeszcze żyjących, bośmy zdradzili to miejsce. Ona jedna tam została i, gdy dziś przejeżdżam tamtędy z przyjaciółką Izą, nie mam odwagi wysiąść z auta, by spojrzeć na jej pomarszczone gałązki ubrane w smutne i poszarzałe liście. Od śmierci Tatki w maju 1997 r. nie widziałam już też kwiecia, którym kiedyś obsypywała się tak bujnie. Całą swą urodę oddała Tatce rączkami wnuczek, Monisi i Emilki, do grobu. Potem ubierała się już tylko w kwiaty smutku, niezdolne urodzić zdrowych owoców. Ale trwa!

Kwiecie jabłoni,

świadku naszych dni

które nigdy nie miną

który masz szczęście zwiędnąć

w grudzie ziemi

otulającej ciepło

ciało mojego Ojca

Bądź błogosławiony

Swą pyszność różową

i bujność oddałeś Mu

zapowiedzią owocu jesteś

żyjącego we wdzięcznej pamięci

która nigdy nie umiera

Podlewa cię moja łza

Łączysz cyklem od pąku po owoc

wszystko co wstaje

by znowu złożyć się do snu

z którego znowu zrodzi się pąk

Obudzi cię Światło Wieczności...

Teraz szumisz Tatce pod ziemią

Jego jabłonne maje

gdy wchodziłeś do naszego domu

w swej cudnej szacie

Żyć będziesz zawsze!


W zaczarowanym świecie mojego dzieciństwa istotne miejsce zajmuje też wiecznie wówczas szemrzący strumyk pełen kijanek i żab. Wypływał z lasu i jakby od niechcenia wpadał do kamiennego koryta, płynąc sobie spokojnie aż do zbiornika w dolnej części posesji. Stamtąd dostawał się pod ziemię i w dalszym biegu na pewno w końcu wpływał do morza, bo niezawodnie wszystkie drogi z trójmiejskich wzgórz tam się kierują. Nasz strumyk był gęsto porośnięty chińskim bambusem, którego liście stanowiły nieodzowny element wyposażenia podwórkowego „sklepu”. Po latach strumyk został unicestwiony przez człowieka, który pobudował sobie dom w naszym ogrodzie. Odebrał nam i ten cudny świat, mówiący dniem i nocą o tym, co widział w odwiecznym lesie, i w którego tle rosną dziś inne dzieci, inni rodzice razem z nimi. Obecnie stoi na nim obrzydliwy i ponury garaż, który na dodatek zasmęca widok naszej jabłonce na lipy, porastające ulicę.

Na naszym podwórku było sporo dziewcząt, co decydowało o rodzaju zabaw. Mój brat, Krzysztof i nieco młodszy od niego Bronek Labuda, ciągle nam przeszkadzali, nie rozumiejąc doniosłości praktyk, jakie odbywały dziewczynki, niestrudzenie bawiące się w dom, w sklep, w szkołę, w podchody, klasy, chłopa, klipę i palanta, w skakankę i komórki do wynajęcia, i w mnóstwo dziś już zapomnianych ćwiczeń uwagi, zręczności i siły charakteru. Były to: siostry L.: Halina, Barbara, Dziunia i Mirka, L. : Adela i Grażyna oraz my, Zachorowskie: Hania i Basia. W przyszłości dołączyła Jolka D., która długo chorowała i bywało, że to u niej spędzałyśmy czas.

W ten sposób zobaczyłyśmy pierwszy w naszym życiu telewizor, malutki „turkus”, a w nim naszego tatkę, z którym TV Gdańsk przeprowadzała wywiad. Moja siostra zawołała: „Hanka, nasz tata jest łysy!” Tego dnia łuski spadły nam z oczu, bo przekonałyśmy się, że na małym ekranie nasz tata jest daleki i obcy, że patrząc na nas, nie reaguje, nie wyciąga do nas rąk i nie robi niebywale zabawnych min. To takie niezrozumiałe i bolesne! Całe szczęście, że po powrocie do domu znów stał się wyłącznie do nas należącą niepodzielną całością tatową, wielkością niepodważalną i królem świata, ideałem, którego nie mąci żadne porównanie, czy kategoria oceny stworzonej przez zwykłych zjadaczy chleba, nie znających się na jego wielkim formacie. Tata jest tylko nasz! Tata tańczący solo i w duecie z mamą, chodzący na rękach w 15. okrążeniach „małego pokoju”/ 24 m kw./, pięknie śpiewający kolędy wg śpiewnika dla Żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie- : „Gdy śliczna panna...”, „Mędrcy świata, monarchowie”, czy „Lulajże, Jezuniu”. Tata czuwający w chorobie, kładący swą dobrą rękę na czole lub śmiesznie robiący sobie i nam zastrzyki. Tata trzymający za rękę mocno i ciepło. Tata, niezgrabnie czeszący nasze długie włosy, pomagający mamie przy praniu. Tata, który nigdy nie nauczył się wbijać gwoździ i czegokolwiek naprawić. Byłyśmy nim permanentnie zachwycone, z niego dumne, pewne jego bezbrzeżnej mądrości. Uwielbiałyśmy go od zawsze i na zawsze z włosami czy bez. Ja na pewno z lubością przypatrywałam się, jak zakładał długie skarpety, które mocował na sprzączkach, jak zawiązywał krawat ruchem zdecydowanym, ale też zawsze nonszalanckim, jak smarował włosy brylantyną. Do dziś z przyjemnością wspominam szlachetny zapach „przemysławki”, którą pachniał tata.

I tak właśnie uważałyśmy do czasu, wstyd się przyznać, aż osiągnęłyśmy wiek dojrzały zwany burzliwym, kiedy to autorytet tatki raz wisiał na włosku, raz ginął w czeluściach naszego rozpasania towarzyskiego, z którym tatko walczył bezskutecznie. Nie rozumiał, że rwiemy się do świata, że on już nam nie wystarcza, że musimy wentylować piórka, by gotować się do lotu, że woła nas nieznane. Wdzięczna jestem sobie za to, że jednak jako nastolatka wykorzystałam wiele możliwości, by z tatką spacerować do Sopotu i z powrotem, chłonąc jego mądrość, erudycję i dobroć, że ciągnęłam go za język w sprawach historii rodzinnych, drążąc też nękające mnie problemy filozoficznej natury. Myślę, że wtedy właśnie stawałam się człowiekiem moralnym, ceniącym mądrość serca, prawdę zapisaną w duszy. O tak, mój tatko był mocarzem woli, optymizmu, honoru, godności, szlachetności i miłości. W naszym domu z jego inicjatywy ciągle się rozmawiało, było się naprawdę razem. Ciągle się na jakiś temat dyskutowało, opowiadało, tłumaczyło, żartowało, nigdy nie tolerowało się zła w jakiejkolwiek postaci. Tu się dzieciom kupowało i czytało książki, nie żałując grosza, którego w tym domu zawsze brakowało do pierwszego…. To tu, kiedy mama zbyt natarczywie narzekała na brak pieniędzy na życie, słyszało się żartobliwe: „Ale tak z ręką na sercu, czy czegoś nam brakuje? Mamy wszystko! Jesteśmy zdrowi! Mamy co jeść!”

Biblioteka tatki, mieszcząca się w starej, zniszczonej szafie myśliwskiej, ofiarowanej mamie przez hrabiostwo Ż., którzy wyciągnęli ją z dwuletnim wówczas moim bratem z transportu do Oświęcimia, była dla mnie synonimem najświętszego, prawie świątynią. Jeszcze w fartuszku z falbankami na ramionach i w warkoczykach z kokardami stawałam przed nią i przyglądałam się tomom i tomiskom. Wiele tatko przywiózł z Francji np. „Encyklopedia Larousse'a”, słowniki języków obcych, książki naukowe. Były tam też tatki przedwojenne podręczniki szkolne i atlasy z odkopanej po wojnie drewnianej skrzyni - całe burych zaciekach. Babcia, prawie niepiśmienna, wraz z dziećmi zakopała je przed domem w ogrodzie, by ustrzec te skarby przed Niemcami w Taty rodzinnej Brodnicy nad Drwęcą. Niektóre mam do dziś jako rodzinne skarby. To była moja najlepsza szkoła języka polskiego, bo w tej prawdziwej jedynie go stosowałam. Pamiętam swe pierwsze książki, ale już ich nie ma. Zginęły pożyczone, jak wiele innych potem, albo oddane innym dzieciom. W prezencie dawaliśmy sobie właśnie książki! Kiedy studiowałam polonistykę na Uniwersytecie Gdańskim, wiele zaleconych do opracowania miałam w tatki bibliotece za szkłem, oszczędzałam więc czas spędzany w czytelniach. Tatko był bibliofilem, co jakiś czas nabywającym skrycie dzieła, które ukrywał przed mamą, ustawiając je za książkami stojącymi od frontu. Kiedy mama robiła tam porządki, słyszało się czasem: „Tadziu, co to za nowe tomiska?”. Tatko lekko i od niechcenia rzucał: „Dziecinka, nie przesadzaj, wcale nie są nowe! Zrobić ci herbatkę?”. Mama na to kiwała tylko głową, uśmiechając się do siebie. Zaraz też zajmowała się stojącą przed biblioteką na granicy niszy i reszty pokoju ukochaną swą palmą, rozłożystą kencją, przywiezioną jeszcze z Tarnowa. Ten okazały, jak drzewo, kwiat czynił mieszkanie pięknym i był dumą mamy. Bywało, że palma chorowała. Wtedy na pomoc przychodziła pani inżynier z Ogrodu Botanicznego i wszystko wracało do normy. Palma była z nami przez prawie całe życie i nagle uschła już podczas choroby Tatki. Właściwie w tym domu królowały książki, dlatego Tatko kilkakrotnie zamawiał u stolarza nowe regały, na których mama ustawiała też swe figurki, kwiaty itp. ozdoby. Przez całe życie potrzebowałam książek, bo mój każdy dom bez nich byłby jałowy jak ugór, a ja pusta i zakończona- bez przyszłości, jak zamknięty tom…

Tatko przyszedł na świat w Szreńsku w powiecie mławskim 21 stycznia 1916 r. w ubogiej i wielodzietnej rodzinie szewskiej. Aleksander i Wiktoria z. Dumańskich Zachorowscy mieli bowiem ośmioro dzieci, które przeżyły dzieciństwo. Byli to: Antoni, Stanisław, Henryk, Tadeusz, Irena zwana zawsze Lilą, Zuzanna, Teresa, Zbigniew. Kiedy Tata wspominał swoją ukochaną siostrzyczkę Jadzię, która zmarła w niemowlęctwie na zapalenie płuc, miał łzy w oczach. Bardzo ją kochał. Dziadek był garbaty w wyniku wypadku odniesionego w dzieciństwie (spadł z dużej wysokości). Pochodził ze Wschodu. Urodził się w rodzinie o polskich korzeniach patriotycznych w nieokreślonym bliżej miejscu i wcześnie został oddany do pracy w stajni wielkiego pana. Ten, mając na względzie dobro chłopca, oddał go do terminu, by w swoim kalectwie miał pracę siedzącą. Z czasem dziadek zawędrował na Mazowsze i, poznawszy babcię, sierotę, ożenił się z nią. Babcia opowiadała mi, gdy ciągnęłam ją za język codziennie w drodze do kościoła, że jej ojciec wyjechał za pracą do Ameryki. Za przysyłane przez niego dolary jej matka kupowała tanio na targu rzeczy wyprzedawane po zmarłych na gruźlicę. W ten sposób poumierali wszyscy po kolei. Została tylko babcia Wiktoria jako najsilniejsza. Prawda, była potężnej budowy, którą odziedziczyli jej synowie poza jednym- delikatnym Henrykiem- i jedna córka- Zuzanna. Kiedy jej ojciec wrócił i przekonał się, jak jego ciężka praca zamieniła się w nieszczęście, podupadł na zdrowiu i także odszedł. W tamtych czasach, jak mówiła babcia, ludzie umierali jak muchy na gruźlicę i inne choroby zakaźne. Mieszkali wraz z czeladnikami dziadka- majstra, we własnej kamienicy przy kościele farnym w Brodnicy aż do feralnego dnia, gdy ich dom spłonął. Odtąd przez wiele lat odbudowywali swą siedzibę na „górce” czyli na ul. Nowej 12 tuż przy wieży ciśnień, w czym ogromny udział miały dzieci.

Babcia mówiła gwarą, co bardzo mi się podobało. Lubiłam słyszeć jej: „Jakem szła i szła, śpsiewałam sobie i podskakiwałam. Jakiś głupsi brat posłał me na wyżki, żebym zacichła” albo: „Hania, chodź ino tu, taki ból me trzyma w nodze. Patrz, tu. A toć mówię, tu!”. „Zanieś Janicce pare jabłek, niek ma. W tej ubogiej rodzinie panował wielki szacunek do książki i nauki. Nawet, gdy brakowało na życie, dziadek nigdy nie odmówił mojemu tacie i wysupłał ostatni grosz na częste: „Tato, daj na książkę”? Tata czasem opowiadał o swoim ojcu, że, choć niepiśmienny, to mnożył kilkucyfrowe liczby w pamięci i nigdy się nie mylił, że emanował dobrocią, cierpliwością i anielskim spokojem. Żartował: „Żeby nie skłamać i prawdy nie powiedzieć, to było tak…” albo zapytany o godzinę, odpowiadał: „ O, już będzie!”. Jedynie babcia niekiedy uciekała się do bardziej radykalnych metod wychowawczych, szczególnie wobec chłopców, którzy, a to uczyli się pływać w piasku, a to darli spodnie na drzewach, a to podkradali cukier trzymany na niedziele i święta. Bywało nawet, że grozili Heńkowi, jeśli nie chciał zostawić im nieco swego lepszego posiłku, pokazując, co mu zrobią, jeśli się nie podzieli... Tata najchętniej bawił się ze Staśkiem, z którym najlepiej się rozumieli, a kochał najmocniej Lilę, natomiast ze Zbyszkiem młodszym o 18 lat uwielbiał się bawić, gdy wracał do domu na wakacje. Jak mawiał, lubił go rozpaskudzać.

Tata uczył się na strychu, siedząc zimą okutany, w co się dało, na piecyku olejowym, a latem wychodził w pole, gdyż w domu panował nieustanny zgiełk. Mimo, że po szkole powszechnej chciał zostać ogrodnikiem, dzięki determinacji babci i jej żelaznej konsekwencji, stał się uczniem gimnazjum neoklasycznego w Brodnicy. Niewykształceni rodzice tak byli dumni z Tadźka, że jako jeden z całej rodziny odnosi sukcesy w szkole i wzbudza szacunek ludzi, że nie żałowali na jego potrzeby naukowe. Nawet matki klasowych kolegów, pani aptekarzowa Grośty i pani Zielke codziennie na dużej przerwie czekały na niego w gabinecie dyrektora z wielkim kubkiem mleka lub kakao i ogromną bułą z szynką, bo bezinteresownie pomagał w nauce ich niezdolnym synom, nie pobierając żadnej opłaty. Poza tym był zaangażowany w skauting, w loty szybowcowe, w pomoc nieuleczalnie choremu koledze. Był dumą rodziców, dyrektora szkoły, doktora Malickiego, nauczycieli. W domu cichł, zaszywając się w jakimś kącie z książką. Z nielicznych zachowanych fotografii spogląda, jako młodzieniec, mądrymi, pięknymi oczami i budzi także moją wielką dumę, że jestem spadkobierczynią cech tak szlachetnego człowieka. Kiedy wyruszył na studia do Warszawy, pobierał stypendium państwowe, którego część wysyłał do domu, bu wspomóc rodziców! Wiem nawet, że dla najmłodszego braciszka, Zbyszka, zawiózł rowerek, bo rodziców nie było stać na taki luksus. Ukończył trzeci rok studiów na weterynarii, gdy wybuchła wojna, więc został zmobilizowany do Armii Pomorze pod wodzą gen. Bortnowskiego. Po złożeniu broni w końcu września 1939 r. ukrywał się w Łodzi, po czym znalazł się w Warszawie jako woźnica składu opałowego pana Zielke z Brodnicy, który miał biuro na Wareckiej 9, gdzie na 5. piętrze mieszkała z malutkim synkiem moja mama… Rozstali się na kilka lat po upadku Powstania- od października 1944 r. do jesieni 1949, kiedy powrócił z doktoratem z Paryża wbrew planom babci Wiktorii, by z Francji pomagał rodzinie, jak Heniek, który pozostał w Londynie po tułaczce z Armią Andersa. Stanisław zginął jako kierowca wojskowy w drodze do Rumunii w końcu sierpnia 1939 r., ale babcia do końca swego życia czekała na jego powrót. Jakiś jasnowidz wyczytał, że żyje (ze zdjęcia, na którym stryj był przedstawiony w pozie zapaśniczej jako wicemistrz Polski w wadze półciężkiej w boksie w 1934 r.) Dodam tylko, że moja mama opiekowała się Heńkiem, który uciekł z obozu w Serocku pod Warszawą i w łachmanach, zawszony i wynędzniały stanął w jej drzwiach, prosząc o ratunek. Odkarmiła go i wypielęgnowała, by mógł znaleźć swoje miejsce w walce z Niemcami. Stryj Henryk zmarł w Londynie najwcześniej z całego rodzeństwa. Obecnie żyje jeszcze w Brodnicy tylko Zuzanna z Zachorowskich Ostrowska pod opieką najmłodszej córki Basi. Rodziny Zachorowskich nie ma już dziś w Brodnicy poza synem Stanisława. Mieszkają na cmentarzu przy „klasztorku”…

Tatko zaniemówił, gdy zaczęłam mówić ja- stanowczo, jak on. Cierpiał. Niech mi wybaczy. Nigdy nie przestał być filarem bezpieczeństwa i opoką, słońcem i jasnością na drodze. Teraz też wzmacnia mnie pamięć jego nieustraszoności w obliczu problemów, bezkompromisowość postawy, gdy wielu zmienia piórka. Jest jak wieczny zapis duszy wolnej i wiernej bez względu na cenę, oddanej bez reszty dobru rodziny. Idealizuję? Może. Mam prawo. Tadeusz Zachorowski, to mój ojciec, ratunek w każdej potrzebie, to skała, na której wyrosłam i z której czerpię swą moc, to cudowny dziadziuś mych dzieci, to najszlachetniejsza istota, którą spotkałam na ziemi i której ciepły, łaskawy dotyk czuję w chwili rozpaczy. To szczęście mej matki, która do niego odeszła jako prawie dziewięćdziesięcioletnia młoda kobieta ubrana zalotnie na wieczne spotkanie po długich siedmiu latach tęsknoty. Nareszcie znów bezustannie słyszy: ”Dziecinka, daj ust swych korale!”, „Dziecinka, jaka ty jesteś piękna! Jaki masz śliczny noseczek”, „Podać ci, Dziecinka, herbatkę?”, „Czym się znowu martwisz? Zobacz, jacy jesteśmy szczęśliwi! Mamy taki piękny dom, ładne, mądre i zdrowe dzieci. Pieniądze? Coś wymyślę, wezmę chwilówkę, może wpadnie jakaś ekspertyza, zobaczysz, jakoś to będzie!” A ona wiecznie będzie odpowiadać: „Tadziu, co ty mówisz? Albo : „Dzieci patrzą, uspokój się”, wstydliwie zaczerwieniona.

Mama żyła w cieniu wielkiego taty, borykając się z niedostatkiem, dokonując cudów, by dom był gustownie urządzony, zasobny, mąż i dzieci porządnie ubrani i dobrze odżywieni. To ona organizowała nasze życie- tatko je tylko dekorował. Nikt mamy nie rozumiał, dlaczego ciągle narzeka, psuje miłe chwile przypominaniem nam o obowiązkach, robi listę braków i zastanawia się, czy stać nas na wakacje poza domem. Tatko nie pozwolił mamie otworzyć pracowni modniarskiej, „żeby dzieci nie biegały z kluczami na szyi”. Widziałam, jak robi sobie kapelusze, przerabiając stare i niemodne- na przepiękne, w których wyglądała niczym dama. Miała prawdziwy talent. Obie z siostrą Basią, młodszą ode mnie o rok, także musiałyśmy nosić kapelusze od zawsze aż do dnia buntu, gdy wyśmiano nas w szkole. Zaczęła nam więc szyć berety! W tamtych czasach obowiązywała szarość i chustki albo gołe głowy. Do dziś pozostała mi tęsknota za eleganckim i oryginalnym kapeluszem, którą gasi wewnętrzny opór, by się w dzisiejszym świecie nie wyróżniać nakryciem głowy. Mama była zawsze starannie ubrana, uczesana. Podziwiałam ją, gdy malowała usta przy toaletce i wdzięcznym ruchem odgarniała włosy, spoglądając w swe odbicie z aprobatą. Gdy skrapiała skronie wodą toaletową „poemat”, rozsiewała wokół woń, którą uwielbiałam. Nawet, gdy sprzątała, gotowała, pracowała w ogródku, gdy była chora, wyglądała pięknie. Lubiłam się przyglądać, jak ręce mamy zagniatają ciasto na wspaniały makaron, jak je rozwałkowuje, jak lepi najwspanialsze w świecie pierogi. Nigdy nie nauczyłam się tak miękko i misternie robić na nich zwieńczenia z ząbków! A te kopytka! Palce lizać...

Moja mama, Feliksa Topolewska, przyszła na świat w Warszawie 20 listopada 1915 r. w rodzinie kupieckiej z Ewy z d. Chojnackiej, która była dziewczyną wielkiej urody i Antoniego Topolewskich. Dziadek był spadkobiercą właścicieli wielu sklepów branży mięsnej. Miał kilka kochających go i rozpieszczających sióstr, które w trudnych chwilach spieszyły bratu z pomocą. Odznaczał się też silną wolą oraz konsekwencją, co miało niebagatelny wpływ na decyzje życiowe i zdarzenia. Oboje byli bardzo młodzi, gdyż ona miała zaledwie 15 wiosen, zaś on dwa lata więcej. Przed samą I wojną światową połączyli swoje losy wbrew woli rodziców, którzy nie chcieli mezaliansu i to w tak niepewnych czasach. Antoni podjął wyzwanie, ale nie wytrzymał presji psychicznej, gdy zły los odebrał im pierworodnego synka, Zenona. Wynajęta niania, beztrosko sympatyzująca z kawalerem, wystawiła dzieciątko na słońce, wskutek czego maleństwo zmarło na udar słoneczny. Rozpacz była tak wielka, że na pogrzebie synka mój dziadek rzucił się za trumną do grobu. Nigdy nie otrząsnął się po tej stracie, obwiniając Ewę o zatrudnienie nieodpowiedniej osoby. Kiedy szczęśliwie urodziła córeczkę, dali jej na imię Feliksa po ukochanym dziadku, który budował most Kierbedzia. Tym samym rzadkim imieniem obdarzono jeszcze jedną dziewczynkę w tej rodzinie. Antoni poszedł na wojnę, a Ewa zatrudniła się w Łodzi, w magazynie żywności gromadzonej z amerykańskich darów, a Lusia, moja mama, została powierzona opiece starszej kobiety, szyjącej ręcznie piękną bieliznę. Dziecko było przez nią źle traktowane, wręcz bite, dlatego pewnego razu, gdy pręgi na plecach nie zdążyły się zgoić przed odwiedzinami Ewy, dziewczynka nareszcie wróciła pod opiekę swojej mamusi. Dziecko zapamiętało na całe życie jeden jedyny miły akcent z tego czasu- ptaszki w klatce, którymi mogła się opiekować. Prócz tego wspominała, jak pewnego razu chciała pobawić się z dziećmi z sąsiedztwa, ale zabroniono jej tego, a po pewnym czasie okazało się, że wszystkie one umarły na zakaźną chorobę dziecięcą, chyba szkarlatynę.

Kiedy z wojny powrócił dziadek Antoni, jego rodzice podarowali małżonkom 2 sklepy mięsne, które tak naprawdę prowadziła babcia Ewa, bo dziadek zaciągnął się do Legionów. Nawet po powrocie z wojennej tułaczki nie miał czasu na pracę, bo spędzał go w towarzystwie kamratów w klubie piłsudczyków, żył polityką. O żonę był chorobliwie zazdrosny i zdarzało się, że zniszczył jej drogocenne futro lub wyrzucił piękny drobiazg. I znów pamięć dziecka przywołała tragiczne chwile burzliwego pożycia małżeńskiego rodziców, co wiązało się w konsekwencji z przemieszkiwaniem Lusi u cioci Mani Zaremskiej, siostry Antoniego, a nawet wysłano ją do szkoły dla panien do Lublina. Radośnie wspominała mama jeszcze wakacje z kuzynami Sroczyńskimi w Miłosnej, w Radości, z kuzynem Jerzym Zaremskim, bratem Ireny Zaremskiej, po mężu Chojnackiej. Gdy była nastolatką, babcia Ewa organizowała jej letnie wyjazdy do Jabłonny. Tu właśnie poznała chłopca, który po latach, gdy z obozu w Pruszkowie wyjeżdżały transporty do Oświęcimia, skierował ją do wagonu, z którego została wraz z synkiem uratowana. Tak, jakby dawna sympatia przeistoczyła się, wg mamy, w Palec Boży…

To, co było jej miłe, pochodziło z ulotnych chwil, gdy czuła się dobrze i błogo. Rodzice nigdzie z dzieckiem nie wyjeżdżali, nie pokazywali się razem. Żyli jakby w dwóch światach. Pomiędzy nimi mała zalękniona dziewczynka spragniona miłości… Wychowana na dziecko, którego nie ma, które cichutko wyjmuje z kuferka zabawki i ukradkiem je przestawia, by zaraz chować, bo musi być porządek, potrafiła wyobrażać sobie koniki i lale jako żywe istoty poruszane wolą. Miała obowiązek mycia nóg spracowanej mamusi, która po całym dniu prowadzenia firmy zasługiwała na odpoczynek. Niekiedy dostawała lanie za niedopilnowanie służącej, która byle jak wytarła kurze. Mała Lusia musiała też pomagać w czyszczeniu sreber, miedzianych garnków, układaniu obrusów i bielizny. Topolewscy prowadzili w niedziele dom otwarty. Przyjmowali tłumy gości na obiadach, podwieczorkach. Mama wtedy marzyła, by być poza domem, by nie musieć odpowiadać na pytania o stopnie w szkole, czy być proszona o recytowanie wierszyków.

Niestety! Pragnęła tak naprawdę tylko czułości, przytulenia, poczucia bezpieczeństwa, zaś życiu jej towarzyszyły wyłącznie obowiązki, przymus, posłuszeństwo, krytyka i kary. Mimo to, gdy pytałam o uczucia wobec rodziców, z przekonaniem mówiła: „Niech im Pan Bóg da niebo za wszystko, co robili” albo „Świeć, Panie nad jej duszą”. Jednak zaraz „Co z tego – mówiła - że miałam wszystko w najlepszym gatunku i od najlepszych krawców. Po co mi były stalowane na miarę buciki? Nikt nie miał dla mnie czasu ani nikt nie pytał, czego chcę lub nie chcę. Jakby mnie nie było. Nawet męża wybrała mamusia i była bardzo niezadowolona, że mnie nie obchodził, kiedy jeszcze żyła. Potem już też nie miałam nic do powiedzenia, gdy ponownie mi się oświadczył przed stryjenką Manią.” Nie ma żadnych zdjęć mamy z dzieciństwa. Wszystkie spłonęły w Warszawie w Powstaniu. Ani jedno nie ocalało. Nie umiem sobie wyobrazić tej małej Lusi, jakby mama naprawdę nigdy nie miała dzieciństwa. Nawet stryjenka Mania Zaremska z Reytana na Mokotowie mogłaby mieć choćby jedno, bo ich kamienica ocalała. Nie. Nie ma.

Kiedy całą rodziną byliśmy na wakacjach w Warszawie w 1960 r. i mieszkaliśmy czasowo na ul. Miłej niedaleko pomnika Bohaterów Getta Warszawskiego i chadzaliśmy pośród ruin, napotykając czasem ludzkie kości, pytaliśmy mamę, czy pamięta to miasto. Ona wtedy zamyślała się i ze łzami w oczach mówiła: „Nie ma już mojego miasta, bo nie istnieją dawne ulice i nazwy, nie ma tamtych ludzi. Jest mi tu obco”. Kiedy odwiedzaliśmy kaplice w bramach ulic na Pradze, gdzie nieustannie, jak nam powiedziano, przez okrągły rok paliły się świece ku czci poległych, mama głośno się modliła i rzewnie płakała. Wtedy dowiedziałam się, że jednego dnia stryjenka Stasia Sroczyńska znalazła po powrocie do umarłego miasta, podczas ekshumacji ciał na podwórzach, ciała swego syna, Piotra ps. Longinus, i męża, który zginął, nosząc pod ostrzałem wodę dla rodzących w piwnicy. Od tamtej pory mama odwiedziła Warszawę tylko 3 razy. Za każdym razem w sprawie grobów najbliższych pochowanych na Bródnie. Przed swoją śmiercią jedynie i w chwilach pobytu duchem gdzieś daleko, pytała mnie: „Mamusiu, gdzie nasz dom?” Odpowiadałam z całkowitą pewnością i bez cienia wątpliwości: „ Na Koszykowej, kochanie, na Koszykowej, Lusiu”. Teraz Mama jest tam, gdzie ma wszystko, czego Jej trzeba!

Dziś, gdy pomyślę o swoim Gdańsku i pytam, kim jestem, bo skąd, mam pewność, że wszystkie moje ulice pamiętają moje kroki wzrok podróżujący po koronach przecudnych oliwskich lip, sycą moje nozdrza woniami, które tylko tu są takie, a nie inne. Do tego wystarczy zdołać przemknąć z zamkniętą powieką każdą odległość. Jestem chyba gdańszczanką spod oliwskiego lasu i znad strumienia pełnego kijanek i żab, znad stawu, w którym Kiciuś łowił rybki i z polany, spod jabłonki, parkowego wodospadu oraz z Doliny Radości, skoro mój duch tu mieszka i ani myśli się przeprowadzać. Gdzie znajdę tyle życiodajnych barw i nigdy nienaprawionych chodników, po których trzeba stąpać ostrożnie, by nie upaść. Gdzie jeszcze czas stoi w miejscu? Dzięki temu trwaniu miejsca w czasie mam zapewniony powrót do krainy dzieciństwa. Niech tak zostanie póki jestem.

Ciekawe, czy kiedykolwiek zaprzątałabym swą głowę takimi pytaniami o swą tożsamość, gdyby nie historia moich rodziców? Mamy? Brodnica nad Drwęcą Tatki pozostała do dziś ze swym charakterem i duchem. Warszawa to feniks z popiołów o nowej twarzy. Gdańsk? To otwarty zawsze horyzont. Duma i pochwała wolności. Piękno mojego świata, z którego czerpię od nowa na każdy dzień. To ja, odrodzona i świeża, spragniona wiedzy potrzebnej na jutro. To przepiękna pofałdowana linia wzgórz porośniętych lasem morenowym. Zachwyca o każdej porze roku innymi barwami, światłocieniami i budzi potrzebę zapamiętania na zawsze każdej tej odmiany. Jestem więc uzależniona od pamięci wrytej głęboko we wszystkie swe zmysły, aby odnowić siły ducha. Dlatego muszę czasem przypomnieć sobie zapach Polanek pokrytych opadłymi liśćmi, woń ziemi wiosną, gdy pojawiają się pąki na drzewach i zielenieje świat, usłyszeć buczki a nawet syreny okrętowe, których dźwięk był pieszczotą dla uszu, podobnie jak i śpiew strumyka. Dzisiejsi gdańszczanie mają pewno inne znaki, którymi określą swoje miejsce na ziemi. Moje znaki nie nadają się do wymazania, bo są tak głęboko wyryte, iż sięgają samego rdzenia. Nie dadzą się wywabić ani zamalować- zawsze się przebiją i wypłyną na wierzch. To ja.

Mama, jak pamiętam, nigdy nie była młoda. Po tragicznych wojennych i powojennych przejściach mogła czuć się wypalona. Miała 36 lat, gdy powiła mnie, a po roku moją siostrę. Może dlatego nie okazywała nam czułości, bo była już zmęczona życiem, heroiczną walką o życie dwuletniego syna, który po Powstaniu ciężko chorował? Może ucieczka z transportu do Oświęcimia z maleństwem prawie niewidomym z niedożywienia i chorym na zapalenie płuc, a potem praca na utrzymanie dziecka i leczenie w sanatorium w Rabce , a może obawa, że Tatki już nigdy nie zobaczy, choć zakochany i troskliwy pisał z obozu w Mylberg an Elbe, odebrały jej radość życia? A przecież pisał i udowadniał, że to dla niej studiował w Brukseli i w Paryżu. Podziwiam mamę, jak wielkiego dokonała dzieła, stając na nogi w Tarnowie, lecząc dziecko z pracy rąk i pomysłowości, wiernie oczekując na powrót ukochanego z zagranicy. Nieważne, że złośliwy los uszczuplił jej czas młodości. Pokazał jej swe łaskawsze oblicze, obdarzając wielką miłością aż po grób i nieustanną adoracją męża. Do końca dni Tatki spoglądała na niego zalotnie. Miała siwe włosy w czasie mojego dzieciństwa. Zaczęła je farbować, gdy byłam już nastolatką. Później nie robiła już tego, odkąd jej siwizna stała się niczym dzieło artysty- była jakby prześwietlonym srebrem, migającym szlachetnie w słońcu. Mamę czasem dopadał smutek i często bywała rozstrojona psychicznie, wymagając szczególnego zrozumienia. Lubiła szarą godzinę i często widywałam ją przesiadującą w zaciemnionym pokoju, pogrążoną w rozmyślaniach. Medytowała nad życiem? Kontemplowała spokój i bezpieczeństwo domu? Nie lubiłam tych chwil, podczas których mamy jakby nie było, jakby jej postać tylko fizycznie manifestowała swą obecność wśród nas. Wtedy zapalałam światło, a mama mówiła: „Haniu, zgaś. Tak miło posiedzieć w ciszy. Usiądź obok.” Ale ja wolałam zostawiać ją samą. Nie czułam się dobrze w aurze odchodzącego dnia i niewysłowionego smutku. Wiele razy byłam wzywana ze szkoły, bo mama umierała. Pamiętam dzwonki i księdza z ostatnim namaszczeniem. Bałam się. Kiedyś na rynku w Oliwie samowolnie zakupiłam dla mamy eliksir życia z ziół, które reklamował głośno przekupień. Naraziłam się na jej gniew, bo nie przyniosłam tego, po co mnie wysłała i do tego wydałam wszystkie pieniądze. Tatko załagodził wtedy jej gniew, ale ja czułam się zbrodniarką. Długo jeszcze to przestępstwo kładło się cieniem na radości serca, którą miałam w sobie w momencie zakupu tego leku, który miał mamie zapewnić pełne zdrowie. Teraz wiem, że Mama była wielkością niedocenioną. Kochałam ją. Podglądałam. Chciałam być tak piękna, jak ona. Miała świetny gust i z byle czego wyczarowywała cuda. Ciągle widzę ją pochyloną nad jakąś robótką, którą tatko chwalił wniebogłosy, prężąc się z dumy. Tata zawsze mamę i nas chwalił w sposób żywiołowy. Nasz skromny dom jaśniał wtedy i rosło w nas przekonanie, że naprawdę i wbrew wszystkiemu jesteśmy jednak w posiadaniu nieprzebranych bogactw. Kraśnieliśmy z radości, patrząc na siebie z zachwytem.

Mama żyła miłością swego Tadzia i do Tadzia, niewiele poza tym potrzebowała. Gdy odszedł, jakby zastygła w oczekiwaniu, że nadal jakoś będzie ją adorował. Nic już jej nie cieszyło naprawdę. Pytała: „ Haniu, czy Tatko nas widzi?”, „Gdzie teraz jest?”. Całe szczęście, że sama mogłam zrozumieć tę tęsknotę. Teraz na pewno tańczą na rajskich łąkach, zaglądając sobie w oczy, płynąc radośnie na fali uniesienia, w czym nikt im nie przeszkadza, ani wszędobylskie dzieci, ani troska o nie, ani złe czasy, żłobiące zmarszczki na jasnych obliczach. Wiem to na pewno, że Tatko był Mamy aniołem, który ukoił ból jej trudnego dzieciństwa, potem tragedię pierwszego nieudanego małżeństwa. Zjawił się na jej drodze, by zasilić na dalsze trudy, by potem dać to, czego najbardziej w swym życiu potrzebowała- miłość bezwarunkową, uczciwą, wierną, szacunek i uwielbienie dla jej kobiecości. Potem, gdy odszedł rankiem, robiąc jej ostatnią w swym życiu herbatę, dzielny do ostatka, po długiej walce z kalectwem, którym nigdy jej nie obciążył, zostawił pustkę nie do zniesienia. Znowu na nią czekał. Nie dała szansy radości, którą wniosła do jej życia wraz ze swym mężem wnuczka Monisia. Miotała się pomiędzy ludźmi, jakby czuła się w obowiązku ukarać cały świat za niekompletność swojego. W rok po nagłym zniknięciu Tatki, podczas spędzanych w Oliwie wakacji, w żałośnie pustym domu, napisałam do Mamy słowa, które odczytałam Jej po latach, dopiero wtedy, gdy Alzheimer pozwolił krótko pamiętać i nie rozumieć. Gdy była bezpiecznie pogrążona w chwilowych smutkach i poddawała się pociesze, że wszystko będzie dobrze. To ja musiałam się Jej poskarżyć na Nią samą, wiedząc, że nic z tego nie będzie. Nie ulżyło. Pytania należało stawiać nie Jej, osieroconej i na zawsze w ziemskim życiu okaleczonej na duszy. Przepraszam… Tak zawsze robią dzieci, pragnąc zrozumieć i wyjaśnić do końca dręczące je pytania dotyczące rodziców. Nie chcą same poradzić sobie z takimi sprawami, choć są już dorosłe. Wydaje mi się, że cząstki nas bywają zawsze niedorosłe i nie gotowe do przyjęcia, iż nie na wszystkie pytania dostaną kiedykolwiek jakąkolwiek odpowiedź. Do dziś nie pożegnałam Mamy, choć odeszła przy mnie. Nie byłam i nie jestem gotowa. Prowadzę z Nią dialog, który chyba nigdy się nie skończy.

Dlaczego życie Cię uwiera, Mamo?

Magnesy Twoich stóp

chód czynią nieznośnym.

Pomarszczona ze starości ziemia

utrudnia każdy krok.

Mnożą się progi na schodach,

więc stąpasz w dół, kurczowo

trzymając się nagle napotkanych

głupawo uśmiechniętych poręczy.

Ty ich nie widzisz

i Strach rysuje się

kolejnymi zmarszczkami

na fałdach Twej dawnej urody.

Jesteś skupioną niepewnością swej drogi.

Bijesz laską oczu nieprzychylną przestrzeń.

Na oślep grzmocisz obojętny czas,

pięściami słów walisz

w zawiniony grzech młodości,

panoszącej się wokół.

Głaszczesz czasem ostrym paznokciem

pomocną przychylność poręczy i rąk,

zostawiając rysunek swego bólu

na ich gładkości.

Nieutulona w żalu

za coraz dalszym obrazem życia

wciskasz cierń w każdy niechciany dzień.

Idziesz na pamięć siłą swej bezwładności

w mękę umierania od świtu po noc.

Dlaczego życie Cię uwiera, Mamo?


Przez wszystkie następne i niechętnie przyjmowane lata mama przestawała dbać o siebie, zobojętniała na wszystko poza grobem Tadziusia i przedmiotami do niego należącymi. Nosiła jego swetry, czyściła kapelusze. Nie chciała radości. Chciała ukarać świat za swą niekompletność i nie interesowała się niczym. Młodzi małżonkowie wraz z bratem i bratową zapewniali Mamie na co dzień opiekę lekarską i duchową, dopóki nie zdecydowała się na przejście pod moją opiekę w Słupsku. Każde z nas także odczuwało wielką pustkę po niespotykanym Ojcu i Dziadziusiu, jednak Mamie zawalił się dosłownie cały świat. Szanowaliśmy ten ból. Ona pozostała Matką przebywającą już tylko za zasłoną zdziwienia, że przenigdy nie wróci ani czas ani On. Chyba tylko w momencie przekroczenia granicy spodziewanego Jutra Tam. Była ze mną i u mnie w Słupsku, to znowu u brata w Gdyni, gdy zechciała. Lubiła te podróże , jak dziecko oczekujące zmian. We trójkę działaliśmy aż do końca. 2 października 2004 r. w święto Anioła Stróża Mama odeszła. W Wiecznym Teraz są znowu razem. Na pewno.

Jakże jestem szczęśliwa, mając w pamięci świat przez Nich stworzony, do którego zawsze mogę się schronić i czuć, że jestem dziś tym, kim jestem dzięki tej wspaniałej i niepowtarzalnej aurze miłości stworzonej przez moich rodziców! Nawet zda się, iż drugiej takiej nie ma na tym świecie pełnym względnych i bezustannie podważanych wartości. Nie ma dnia, bym nie ożywiała choćby ułamków tego, co wyniosłam ze swego domu rodzinnego. Czy choć w nikłym stopniu zdołałam przekazać moim dzieciom tyle dobra, by miały siłę zmierzyć się z życiem, zachowując szacunek wobec siebie i świata, umiały stworzyć bezpieczne i ciepłe, bezwarunkowo czyste domy ?

Monisia i Emilka. Moje dzieci. Ich dzieciństwo nie było usłane różami...Mają jednak zawsze i przez całą wieczność moją miłość. Z nimi dorastałam inaczej, niż w rodzinnym domu, a dziś jestem świadkiem budowania według reguł nowego świata. Obie stworzyły już fundamenty swych własnych domów i mam szczęście widzieć obok nich wspaniałych mężczyzn, którzy, obdarzeni łaską miłości i odpowiedzialności, wewnętrznego ciepła oraz dobroci, dodają codziennie wiele pięknych barw do moich matczynych dni. Czas dany matce jest piękny, gdy widzi swe dzieci szczęśliwymi. Czekam na wiele szans, by dopisać dobro do przeszłego, na jutro i pojutrze, by dać im, co we mnie najpiękniejsze. Jak moi Rodzice. Ale to już zupełnie inna historia.

Wyprowadzka

Trzeba mi, mówią, zejść na ziemię,

ale przedtem muszę obejść dom,

by zabrać najpotrzebniejsze

i zapakować się rozsądnie,

bo może wszystko się przyda.

Na przykład ten listek jak wachlarz

spod miłorzębu japońskiego z Oliwy,

na który spoglądam z lubością.

Koniecznie laurkę dorosłego dziecka

z sercem w odchylanym okienku.

I jeszcze te uśmiechnięte twarze ze ścian

z oczami wprost i szczerze.

A jak upchnąć Tatkę i Mamę,

których nie wolno zostawić

pod żadnym pozorem.

To co, że mają Nowy Dom.

Kim będę bez całej historii? No, kim?

Czas jakiś kobietą jeszcze z lustra kłamiącego,

że nie pora odchodzić, a w mgnieniu oka

tylko kartką papieru i nieznajomą z fotografii!

Nie mogę zdjąć z siebie i zostawić tego,

co mam naprawdę!


MÓJ  PIERWSZY  NA  ŚWIECIE  DOM


Mój dom mieszkał w starej Oliwie przy ulicy Polanki 37. My mieszkaliśmy w nim na całym wysokim parterze, liczącym najpierw przeszło 300 m kw., ale z czasem „zabrali” nam połowę, by w końcu od 1962 r., po generalnym remoncie, pozostawić tylko 94 m kw. Byliśmy zubożani w imię polityki mieszkaniowej, nieznoszącej pędu do luksusu, wielkopańskich zapędów, obszarnictwa itp. Wszak byliśmy mieszkaniowymi obszarnikami, podczas gdy lud roboczy miast i wsi gniótł się po klitkach i łóżkach piętrowych w naprędce pobudowanych barakach! I tak mama do końca obawiała się, że pewnego razu znów przyjdzie ktoś ważny z jakimś urzędowym dokumentem, w imię którego zostanie nam z ocalałych dwóch, jeden pokój! Nie pomagały perswazje Tatki, że już mogą spokojnie mieszkać i nikt przenigdy nie zabierze im choćby centymetra. Mama furt twierdziła, że trzeba znaleźć kogoś, kto przypilnuje tej własności. O mały włos nie doszło do tragedii.

Po raz pierwszy mieszkanie "zakupiła" mama, gdy Rodzice zajmowali jeszcze skromny lokal z przydziału, które dostał Tatko na osiedlenie się w Oliwie. Było to maleńkie mieszkanko w Domu Zarazy na ul. Armii Polskiej, u wylotu drogi do zoo w pobliżu młyna wodnego i wielkiego stawu. W nim to o mały włos utopiłby się mój brat, próbujący siły lodu pokrywającego taflę wody. W tym czasie przedwojenny wojewoda pomorski, pan Kirtiklis z rodziną, otrzymał od komunistów nakaz opuszczenia tego mieszkania i tej ziemi na zawsze. Wystarczyły sumy zaoszczędzone przez mamę w jej prywatnej pracowni kapeluszy „Lili” na ulicy Legionów w Tarnowie oraz te uzyskane ze sprzedaży biżuterii, by objąć na własność, jak się rodzicom zdawało, całą zakupioną powierzchnię. Tak się jednak złożyło, że jeszcze z Domu Zarazy trafiła mama na oddział położniczy szpitala w Sopocie, gdzie dr Duchniewicz pomógł jej wydać mnie na świat. Stamtąd prosto trafiłam w objęcia Tatki i brata oraz nowego, tym razem ogromnego mieszkania w domu na Polanki. W ten sposób zarysowała się nudna i szara opowieść o moim przyjściu na ten świat, dlatego też przywiązałam się jeszcze bardziej do tej stokroć barwniejszej wersji z Aniołkiem. To chyba jasne…

Dwupiętrowa kamienica musiała powstać na początku XX wieku lub pod koniec XIX, gdyż jej okoliczne koleżanki dotąd są sygnowane na ten właśnie czas. Na naszej, aż do 1972 r., widniał wielki napis: Cafe Bayer & Restaurang”. Naprzeciw, tuż przy ścianie odwiecznie rosnącego potężnego lasu, do dziś stoi tzw. Dworek Schopenhauera, jako jeden z zabytkowych dworów oliwskich. Mieściło się tam Schronisko dla Nieletnich zwane przez nas poprawczakiem, który prowadził pan Kwapisiewicz. W domu stojącym obok, w którym mieściły się warsztaty poprawczaków, mieszkali pracownicy, z których dziećmi kolegował się mój brat- pani Sokołowska z synem Leonem i pani Pawłowiczowa z Wieśkiem i jego starszą siostrą Kaliną. Pani Sokołowska nawoływała często swego syna, ancymona, śpiewnym głosem ze wschodnim akcentem: „Liełos!”

Ktoś, kto się tu wychował, nie może nigdy pozostać obojętny na piękno krajobrazu, zapach ziemi i drzew, zawsze zachwycać się będzie zmieniającym się wraz z rytmem przyrody obrazem świata. Ja nadal muszę mieć wokół piękną zieloność i wonie, przyprawiające o zawrót głowy w porze wiosennego kwitnienia. Muszę regenerować siły pośród zbawczych widoków, choć trzeba mi na co dzień żyć z dala od tej Arkadii. Napisałam z okazji imienin Tatki 28 października 1992 r., gdy był już chory:

Stoi w miejscu czas

mojego dzieciństwa.

Stoi w miejscu dom

i każda rzecz.

Z portretu spoglądają

młode oczy mojej matki,

prezentującej elegancję lat 40.

i sztukę fotograficzną tamtych dni.

Z kanapy statecznej przygląda mi się

młody mężczyzna, który dopiero

za ładnych parę lat stanie się mym Ojcem.

Potem Jego oczy przestaną mieć ten surowy wyraz,

a splecione ręce zaczną obejmować

małe córeczki.

Nigdy już nie będzie siedział w ten sposób,

jakby należał tylko do siebie!

Z kupki kamieni usypanych nad stawem

płynie zgoda na trudne życie okupione

wyrzeczeniami i nagrodzone rodzinnym

szczęśliwym bytem, w którym wszystko

jest na miejscu:

obiad na stole

kokardy we włosach

staranna fryzura Matki

ciepły dotyk Tatki

i Jego zapraszające do pieszczot z dziećmi

spojrzenie.

A to wszystko

nad tym stawem

na tej ścianie

A tam dalej z siatkami na motyle

biegają Hania i Basia

pod czujnym okiem wiecznie cerującej Matki.

Tam tajemnica biblioteki trwa

wzmocniona maleńkim kluczem

i zasłonkami za szkłem.

Tylko opuszczona jabłoń zamiera

z tęsknoty- nie mieszka

wśród fotografii i tych ścian...


Tak, tak było i jest nadal. Często błądzę przed snem po krainie i pośród zakamarków mego dzieciństwa, szukając w nich sił na dzisiaj. Odczuwam pełnię radości i szczęścia dopiero wtedy, gdy oprę się na wspomnieniu idylli tamtych chudych, lecz przebogatych w miłość, wiarę i pewność lat, dających bezpieczeństwo oraz gdy zapatrzę się w dawne światło skrzydeł Domu- Matki- Ojca. W głębi serca nadal jestem dzieckiem, czujnie strzegącym, by nikt nie przeciął pępowiny, łączącej mnie z życiodajną krainą. Nie sądzę, by moje tu i teraz wymagało podporządkowania się modnej obecnie myśli, by iść tylko do przodu, głęboko zakopując przeszłość. Mamy tego wyraz we współczesnym pędzie do jakichś celów, które mnożą się, zaś już osiągnięte, idą w zapomnienie, dając początek kolejnym itd. Ludzie kreują świat wokół siebie jako najemnicy, zamiast budować własny. Stają się pionkami w wielkich grach uwikłani w machiny cudzych planów, których wcale nie rozumieją. Wpadają w sieci albo ścigają się w imię kariery. Kiedy zaś poczują wypalenie i niemoc, kiedy zostaną wyssani z energii, nie mogą znaleźć w sobie iskry, która dałaby początek budowaniu nowych siebie. Tatko zawołałby w uniesieniu: „O tempora! O mores!”. Potrzebujemy bliskich, ale tak naprawdę powinniśmy umieć wsparcie dawać sobie samym choćby za pomocą pogodnego usposobienia. Okazuje się, że pomoc pochodząca od dzieci i przyjaciół, jeśli zderzy się ze skorupą wiecznego niezadowolenia, biadolenia i ponuractwa, zniechęci nawet najbardziej odpornych i zdeterminowanych do udzielania opieki. Pamiętam, jak prosiłam Mamę: „Pomóż mi sobie pomóc!”. Na dodatek odkryłam, że póki w żyłach krąży krew i dopóki myśl jeszcze jasna, warto stawiać sobie wymagania i wyznaczać misje z myślą o wyższych celach skrojonych na własną miarę. Dzień zwieńczony radością z dokonań zatrzymuje kalendarze i zegary, zdejmuje zmarszczki i ożywia krwiobieg. Taki dzień śpiewa na cały głos wnuczęciu do ucha, że: „Koło mego ogródeczka zakwitała jabłoneczka”, a „W zielonym gaju ptaszki śpiewają”… Tak jest ze mną, ale nie tylko tak. Codziennie jest inaczej i bywa na nową modłę, bo mam czas i fantazję zakrzątnąć się koło swojej głowy i swojego świata. O chorobach i niemocy szkoda gadać. Jeszcze…

Dom, do którego powracam w sobie tylko wiadomy sposób, opatentowany do użytku prywatnego, był na początku mocno pokaleczony, nosił ślady kul, świadczących o tym, że była tu wojna. Także ganek i schody pozbawione były tynku, sprawiając wrażenie, jakby miejscami zdzierano z niego skórę. Któreś z dzieci znalazło w ogródku obrączkę z wygrawerowanym napisem „Bruno”- nie pamiętam, co się z nią stało. Pozostał w pamięci moment zadumy, pobudzonej przez rodziców, że kiedyś byli tu dawni gdańszczanie, którzy mieli rodziny, wychowywali dzieci, pracowali i na pewno też kochali swój świat. Może ktoś inny, jak ja, błądzi jeszcze po tej ziemi z miłością albo krąży duchem pośród tych samych drzew. Na przykład pani Teclaw (może Tetzlaf?), która pomagała Mamie w praniu, stary sprzątacz ulic z sumiastymi, siwymi wąsami w granatowym i poszarzałym uniformie z nieśmiertelną miotłą w ręku, smutna, blada o papierowej twarzy i niewyobrażalnie chuda kobieta w chustce- jego córka. I nasza babka Graffowa z sutereny! A dawni mieszkańcy naszego domu, Kirtiklisowie? A właściciele i pracownicy „Cafe Bayer & Restaurang”? Nie jestem tam sama. Wtedy jednak, gdy tu zamieszkałam, musiałam być zachwycona tym wszystkim, skoro byłam pulpetem o rumianej buzi z główką okoloną prześlicznymi loczkami, które mama nazywała pierścioneczkami. Tata uwielbiał tupot maleńkich nóżek wielkiego tłuściocha i do domu wracał na skrzydłach. Do czasu! Gdy po roku został na 10 dni ze mną sam, bo mama w gdyńskim szpitalu przysparzała mu kolejnego szczęścia o imionach Barbara Lidia, zatrudnił nianię- Mariannę Gąsior. Osoba ta lubiła, gdy spałam do powrotu Taty z pracy, toteż noce spędzał z rozbawioną dzieciną, która rozpoczynała koncert wniebogłosy, gdy tylko zgasił światło. Zdesperowany wrócił wcześniej do domu i odkrył, jak wciela się w życie idea niani, która w najlepsze pochrapywała wraz ze mną. Został uratowany! W mig uporał się z problemem i życie wróciło do normy.

Wkrótce do domu wraz z Mamą trafiło zawiniątko, którego zawartość nieustannie to wodziła, to mrugała wielkimi czarnymi oczami. Na czubku tej żywej lali stały sztywne jak druty czarne, bujne włosy. Nuże ją poznawać! Rodzice musieli dzieciaka ewakuować, by bezpiecznie dorastał ku uciesze wszystkich. Z tymi włosami po kilku latach postanowiłam się uporać, inicjując zabawę w fryzjera. Moja siostra okazała się wtedy Samsonem, którego dopadła Dalila! No, może niezupełnie, bo pozostawiłam, wiedziona pewno litością, szerokie pasmo, ciągnące się od czoła po pupę. Sprawiedliwie muszę dodać, że następnym fryzjerem miała być moja siostra, ale nie zdążyła, bo z rynku wróciła mama. Od drzwi pokoju aż do okna leżało równiutkie pasmo włosów ścinanych garściami. Na dźwięk klucza, który zazgrzytał w zamku, weszłyśmy pod stół i czekałyśmy z drżeniem serc, co się stanie. Czułyśmy, że to, co zrobiłyśmy, jest nieodwracalne i nagle poczułyśmy strach. Tata zawsze mnie ratował przed każdym nieszczęściem, ale wtedy, gdy Mama zawołała: „Tatuś ci da, Haniu! Zobaczysz!”, naprawdę spodziewałam się czegoś strasznego. Szczególnie, gdy Mama powiedziała tragicznym tonem: „Tadziu, zobacz, co Hania zrobiła!”. Na szczęście Tatko po dokładnych oględzinach orzekł: „Dobrze, że jej uszu nie obcięła!”. Zaraz też poszli do prawdziwego fryzjera L. na facjatkę, który ogolił do skóry głowę mojej siostry, pozostawiając śmieszną kępkę nad czołem. Potem długo jeszcze w tym miejscu mama niezwykle starannie wiązała śliczną kokardę.

Mama wystawiała nas w drewnianym sporym „drabiniastym” łóżeczku z siennikiem do ogrodu na południowe spanie. Malowane na biało łóżeczko miało spore drewniane kółka, dzięki czemu nasz brat czuł się w obowiązku fundować nam jazdę bez trzymanki z szaleńczą prędkością aż do Bażyńskiego wzdłuż wysokiej skarpy, pod którą szumiało zboże./ Na miejscu tego pola zostało później pobudowane osiedle mieszkaniowe dla niewidomych wraz ze spółdzielnią pracy chronionej, które do dziś daje możliwość ociemniałym, jak mówiła Mama, pracować w pobliżu miejsca zamieszkania/. Kiedy wszystko się wydało, przerażony Tata wzmógł naszą ochronę. Nawet miłość musi mieć granice rozsądku! Dzięki temu nasze dzieciństwo trwało strzeżone odtąd przez jabłonkę i kotka, który alarmował, gdy konieczna była interwencja mamy.

Ten Kiciuś zajmował w naszym życiu specjalne miejsce. Przede wszystkim był ogromny i wzbudzał powszechne zainteresowanie swą nietuzinkową urodą. Czarno-biały, z ogromnymi, sztywnymi wąsami i podobnymi do fontann brwiami, z przenikliwym wzrokiem przepięknych oczu, które w ciemności przypominały wielkie latarki, z grubym, puszystym ogonem i na potężnych łapach, przemierzał dumnie ogród, pobliski las i okoliczne podwórka. Żaden kot nie ośmielił się wejść mu w paradę, a widywaliśmy jakieś burasy trwożnie przemykające i znikające w popłochu na widok naszego półdzikiego zwierza. Zdarzało się nam obserwować, jak wielką łapą łowił ryby w stawie za poprawczakiem, a potem układał je w rządku. My w tym czasie wybieraliśmy dla niego biały piasek spod korzenia wielkiego drzewa, rosnącego na stoku wzdłuż drogi z kocich łbów, która to droga wiodła na żwirownię. Mama dziwiła się, jak wielki nasz kot ma apetyt, bo po powrocie do domu zajadał swój obiad z miski i popijał mlekiem. Pozwalał mi też traktować się jak lalkę- ubierać w kaftanik celulozowego Jasia i jego kapturek oraz wozić w wiklinowym wózeczku z budą pod przykryciem. Jego ogon ciągnął się wtedy za wózeczkiem... Kiedy nosiłam go, trzymając żelaznym uchwytem pod szyją, delikatnie próbował się uwolnić, chowając jednak ostre i grube pazury. Ale, kiedy tatko próbował go skłonić do wyjścia z domu podczas spodziewanej wichury ( wszystkie noce spędzał poza domem ), rozorał tymi samymi pazurami Tatkowe udo prawie do kości. Nie wyszedł! Był do nas, nie do miejsca, bardzo przywiązany. Podczas wakacji 1957 r., gdy po raz pierwszy wyjechaliśmy do Bachotka , w domu zamieszkali znajomi naszej sąsiadki, państwo Dutkiewiczowie z Krakowa z Isią i Stasiem. Kiciusia mieli karmić, gdyby wrócił z lasu. Niestety, przez cały czas kot pokazywał się jedynie na jabłonce, skąd obserwował mieszkanie. Dopiero, gdy ukazaliśmy się z walizami przed domem, oszalał z radości, wskakując kolejno na każde z nas i przez kilka dni trzymał się blisko domu. Specjalizował się w łowieniu myszy, czego świadkami byłyśmy z Bają. Na naszych oczach zaczaił się, dopadł nieostrożną mysz na środku pokoju i pożarł, starannie potem wylizując z podłogi prawdziwą krew! Oniemiałyśmy z przerażenia. Pierwszy raz w życiu byłyśmy świadkami tak okrutnie zadanej śmierci. Kiciuś pokazał swe prawdziwe kocie oblicze! W naszym bezpiecznym domu takie rzeczy! Od tej pory zaczęłam go traktować z rezerwą i tak było do czasu, gdy już nigdy nie wrócił z nocnych łowów. Mieliśmy jeszcze kilka kotków z charakterem, ale żaden nie pozostawił tylu wspomnień, co on.

Nasz dom bez radia / nie licząc tzw. kukuruźnika/ i telewizora, zaopatrzony był w stary patefon, który Tatko nakręcał specjalną, zagiętą dwukrotnie rurką i słuchaliśmy Fogga „Bujaj mnie, bujaj, kochanie”, „Zamszowej bluzeczki”, „Czarnego Joe”, Rosity Serrano - ”Mołdawiańskich stepów”, „Rotter Moon” i innych piosenek, których już nie pamiętam. Do dziś umiem zaśpiewać „Bujaj mnie...” To były godziny śpiewu i tańca całej rodziny. Tata porywał nas i mamę w tany aż do chwili, gdy Mama- zawsze przerywająca zabawy w najlepszych ich momentach, wołała rodzinę do kolacji i spania. Tata nas przykrywał, głaskał buzie i składał pocałunki na policzkach, czółkach i karczkach. Spałyśmy z Bają w zsuniętych żelaznych łóżkach z siennikami, pod wacianymi kołdrami, przykrytymi jeszcze kocami w zimne noce. Niestety, często mój materac suszył się na słońcu w ogrodzie. Jakże się wstydziłam, tym bardziej, że Baja nigdy się nie moczyła, a całe podwórko śmiało się ze mnie! Na szczęście problem sam się rozwiązał jeszcze przed pójściem do I klasy, kiedy to w granatowych plisowanych spódniczkach i marynarskich bluzach wyruszyłyśmy do szkoły daleko od domu aż na Wita Stwosza. Odtąd nie skompromitowałam się już tymi „złotymi kropelkami”.

Wtedy to wujek Antek, mój chrzestny, najstarszy brat taty, przywiózł pianino „ED SAILER”, w którego wnętrzu mieściły się piękne ozdoby przypominające złote medale. Lubiłam na nie patrzeć i obserwować, jak naciśnięcie klawiszy powoduje ruch w rzędzie ich odpowiedników. Rodzice posłali mnie i brata na lekcje muzyki do żony organisty z katedry. Mieli ci państwo w domu ( w tym samym budynku, gdzie później chodziłyśmy na religię i przedstawienia kościelne, dziś należy do kompleksu zabudowań zamkniętych w obrębie siedziby arcybiskupa Gocłowskiego), własne organy sięgające do wysokiego sufitu. Przez cały rok opierałam się, męczyłam, ćwiczyłam z przymusu, a Mama, siedząc obok, uderzała mnie po palcach patyczkiem do toczenia kółka (za tym kółkiem biegałyśmy z Bają po alejach parkowych podczas spacerów z rodzicami), gdy ja odrywałam wzrok od nut i śledziłam przez okno zabawy siostry i całego podwórka. Po roku nie chciałam grać, o co mam do siebie żal, bo kocham muzykę i miło byłoby mieć jej większą świadomość. Za to Krzysio, który miał słuch absolutny i właśnie porzucił skrzypce, przypiął się do pianina, jak rzep i lekko wygrywał zadane ćwiczenia, a także ówczesne szlagiery „ze słuchu” np. „Gdy mi ciebie zabraknie” itp. Potem, w pracy na statkach, które miały pianina lub fortepiany, urządzał załogom i pasażerom niezapomniane koncerty. Najpierw jednak podczas wszystkich wigilii akompaniował całej rodzinie przy śpiewaniu kolęd. A były to szczególnie piękne chwile przy choince, którą Tatko tak oprawiał, że zazwyczaj stała krzywo, ale nikt tego nie widział, bo w oczy rzucały się głównie wykonane przez nas łańcuchy i inne piękne ozdoby z kolorowego papieru, pracowicie przed świętami wykonywane na kuchennym wielkim stole. Pamiętam jeszcze smak roślinnego kleju, który namiętnie wyjadałam. Łańcuch Krzysia był zawsze najpiękniejszy, bo najgrubszy i równiutki. Do dziś, w każdą wigilię jestem tam i nie udaje mi się zatrzymać łez, gdy spojrzę na wolne miejsce przy stole... Z obrazem, smakiem, zapachem wigilijnego domu przyjdzie mi odejść, jak z niepowtarzalnym i nieodtwarzalnym arcydziełem, które noszę w sobie. Jest bowiem rzecz na moim niebie i na mojej ziemi, o której nie śniło się filozofom. Ta jest jedną z nich. Autorskie dzieło tamtego Tatki i tamtej Mamy- zawsze zakochanych, z którymi zbudowałam siebie na tym świecie w tym Nieśmiertelnym Domu nad Domami. Całe szczęście, że mam tę umiejętność podróżowania w czasie na życzenie i, gdy tylko zamknę oczy, przywołam żądany moment. Zdarza mi się to w życiu, które nie oszczędza, i, jeśli tylko lekko zahaczę o smutek lub gdy za rogiem czai się depresja, potrafię wykrzesać moc ducha, by otrząsnąć się z bólu, by nigdy więcej, jak to się kiedyś zdarzyło, nie wpaść w sidła beznadziei.

Niech dobry Bóg daje, choćby za to, mym Rodzicom całe niebo i najcieplejsze światło Bożej miłości, niech daruje im największy grzech za dobro, którym usłali moją drogę! Spoglądam na ich fotografie z tamtych ścian, wiszące w mym obecnym domu, jak na relikwie i odczytuję ze spojrzeń, co sądzą o mym TERAZ. Nigdy nie myli mnie ich opinia zawarta w spojrzeniu z fotografii... Szczególnie Tatko ma wyjątkowy dar recenzowania. Nic dziwnego, zawsze to potrafił jako Ojciec i promotor studentów. To był naprawdę anioł i dobry duch zesłany tu, na ziemię! Każde ze zdań moich wspomnień niech głosi chwałę i piękno życia, któremu sens i barwę nadają ludzie pokroju mego Ojca. Nie jest przypadkiem, że prof. Malicki, dyrektor Gimnazjum Neoklasycznego w Brodnicy nad Drwęcą, wręczając Tatce, chyba w roku 1935r., świadectwo dojrzałości , wypowiedział po łacinie maksymę: „ W małym ciele wielki duch”, choć Tatko spodziewał się- „wielkie cielę!”, okraszając to wspomnienie zdumieniem. Cóż, skromność jest udziałem wielkich... Pewne jest, że Tatko pomnożył dziedzinę Dobra, którego mienię się spadkobierczynią. Amen.

Zegar tyka niestrudzenie

Mieści w sobie tyle czasu

Dobrze, że nosimy w sobie

czarodziejski mechanizm

I błyskiem świadomości

Przesuwamy wskazówki wstecz

W godziny szczęśliwe...

Chcę być dzieckiem

Mój warkocz przyjmuje pieszczotę grzebienia

I śmieje sie do ręki Matki

Wprawnie zawiązującej kokardę.

W lustrze toaletki przegląda się jasne wejrzenie siedmiu lat.

Zmoczony nocą materac suszy się w słońcu

I nie wstydzi złotych kropelek.

W liściu bambusa zamyka się

Nowy pomysł na zabawę

W strumieniu pośród kijanek i żab.

Z kuchni dochodzi zapach obiadu

I mruczenie kota.


Nasz dom nas kochał. Zapraszał do życia w radości wtedy i później, do dziś. Obserwowałam ze swą rodziną przez wiele lat w innym już świecie, w Słupsku, życie gołąbków, które zamieniły wiszące na balkonie doniczki kwiatowe na swe gniazdka. Potem były moje jaskółki, które niefrasobliwie pstrzyły okno odchodami, których nie sprzątałam aż do zakończenia lęgów, by skrzydlatych lokatorów nie spłoszyć. Zawsze czułam i wiedziałam, że każdy DOM, to podstawa. Z czułością przyglądałam się nauce latania piskląt i byłam dumna z tego, że wybrały moją przestrzeń do swego rozwoju. Podglądałam je zaszczycona wyborem mojego okna na swój bezpieczny kąt. A wróble, których jazgot potrafił zawsze wywołać radosne podniecenie nawet, gdy chciało się płakać… Wystarczyło podejść do okna, by zarejestrować ich poczynania w trawie, na krzaczkach, w kałużach. Co by było, gdyby któregoś dnia zamilkły? Zniknęły? Teraz z okna mojej córki przyglądam się od wiosny do jesieni bocianiemu gniazdu. Nawet puste jesienią i zimą przywołuje wspomnienia lotów, wysiadywania jaj, nauki latania. Kiedy tylko zechcę, mogę sobie obserwować na kamerze internetowej dokonania boćków z szczecińskiego Warszewa. Niech przestworza otwierają im drogi i niech płynie odwieczna pieśń uwielbienia dla życia, którego protoplastami są rodzice i ich wola przekazywania najlepszego, co mają w genach. Czy jak to sobie kto nazwie.

W myśl tej zasady obie z Bają uwidaczniałyśmy swe najważniejsze idee życiowe przy pomocy kredek na ścianach naszego „małego”, dziecinnego pokoju. Nasz twórczy szał cieszył Tatkę, który zachwycał się malowidłami pokrywającymi różowe ściany pokryte wałeczkiem w białe nieokreślone wzory. Poczynając od listew, a kończąc na wysokości możliwej do osiągnięcia dzięki taboretom, pokrywałyśmy całe ich połacie przy pomocy kredek malowidłami, głównie fioletowymi, wyobrażającymi DOM!!! Były to różnej wielkości trójkątne, podobne kształtem do piramidy, domy z okienkami i drzwiami, od których odchodziła uregulowana ścieżka poprzecinana poprzecznymi liniami, chyba imitującymi schody lub drogę. Uwielbiałam malować dym z komina! Piął się do nieba zawsze bardzo wysoko, jak regularna spirala . Obok rosły drzewa i stali dziwni ludzikowie, których prototypy pokazał nam Tatko. Mama wołała: „ Tadziu, jak ten dom wygląda?” A on, zachwycony naszą samorodną inwencją, odpowiadał: „A może będą z nich artystki?”

Dom był piękny i pełen ciekawych miejsc. Najbardziej tajemniczym była piwnica obok kotłowni i mieszkań babki Graffowej oraz rodziny L. Schodziło się do niej wąskimi schodami od drzwi głównej klatki schodowej lub od podwórza. Babka Graffowa była starą gdańszczanką, . Gdy miałam 12, czy 13 lat, babka umarła. Świadkami majestatu jej śmierci byli wszyscy sąsiedzi z dziećmi, obserwujący najpierw starania lekarza, a potem księdza. Była bardzo stara, albo tylko na taką wyglądała. Zawsze nosiła na głowie waciany kapturek wiązany pod szyją. Jej pomarszczona twarz i bezzębne usta, pochylona postać, wzbudzały w nas nieokreślony lęk. Bywało, że goniła nas, jeśli zachowywaliśmy się zbyt hałaśliwie. Przed jej oknami zawsze rosły kwiaty, których strzegła, jak źrenicy oka. Kiedy mama nakazała nam okazywać jej szacunek i służyć pomocą, okazała się bardzo gościnna. W jej maleńkim, brzydko pachnącym pokoiku, stanowiącym całe mieszkanie, stała wysoka komoda, na której umieściła zdjęcia rodzinne. Byliśmy wtedy za głupi, by pytać ją o historię życia. Na pewno była pełna smutku, bo to on wyżłobił jej rysy. Obok okna babki mój brat węglem zapisał: „Bronek jest cep”, a w pobliżu wyraźniej: „Adela jest głupia”. Nikt nie ścierał tych rewelacji. Pozostały aż do remontu elewacji w roku 1972. Może umiłowanie prawdy nakazywało uszanować jej głos? Ludzie po dziś dzień podziwiają prawdę zawartą w sztuce naściennej, weźmy za przykład W.H.Boultona- „Wieczność piramid i tragedię Pompei”, w której roi się od przykładów starożytnych graffiti!

Kiedy przed dom zajeżdżał szmaciarz, wokół jego fury zaprzężonej w smutnego i chuderlawego konia pojawiały się wszystkie okoliczne gospodynie. Oddawały mu zbędne części garderoby i zużyte tkaniny, otrzymując w zamian albo pieniądze, albo kolorowe, nowiusieńkie garnki i kubeczki. Dzieci miały przy tym wielką frajdę, bo mogły dotknąć konia albo przynajmniej widzieć z bliska to zmęczone życiem zwierzę. Po ich odjeździe wszyscy czuliśmy się odświętnie i z radością podziwialiśmy nowe rzeczy, rzadko goszczące wówczas w naszych domach. Przywykliśmy do wyszczerbionych kubeczków malowanych w niegdyś piękne kwiatki. Każde z nas miało swój, stawiany przez mamę do posiłku na taboretach, imitujących stół. Siedząc na malutkich stołeczkach, kuksaliśmy się i rozśmieszali. Szczególnie celował w tym mój brat, wywołując salwy śmiechu i fontanny zabielanej kawy zbożowej, wyparskiwanej na całą kuchnię. A była ona ogromna, bo miała 35 m kw.! Prowadziła do komórki, ogromnego nieotynkowanego pomieszczenia pełnego mis, narzędzi, naczyń kuchennych, nart, sanek, itp. ważnych w każdym domu przedmiotów pomocniczych. Kiedyś znalazłam porcelanowe skorupki w ruinach na rogu Bażyńskiego i Polanek, gdzie po wielu latach wybudowano domy tzw. PSS-y. Malowane motywy kwiatowe były tak żywe i śliczne, że próbowałam je odrysować na papierze. Nawet bogaty zestaw kredek „SKALA” nie pomógł mi w tym dziele, ale skorupki ukryłam w ogródku, by czasem je brać do rąk i podziwiać. W tamtych czasach rzeczom brakowało koloru, dlatego lubiłam oglądać z koleżankami z klasy kartki świąteczne i urodzinowe, które do nich przychodziły z Niemiec, czy z Anglii. Dotykałyśmy ich z niedowierzaniem, że kwiaty i inne detale nie są żywe.

Bywało, że na naszej spokojnej ulicy stawał tabor cygański. Troskliwe matki zaganiały wtedy do domów swoje dzieci i zamykały drzwi na cztery spusty. Nie było jednak sposobu, by powstrzymać nas od prób zgłębiania tajemnic, mieszczących się w szeregu bajecznie kolorowych, ociekających złotem karoc. Swobodnie wisiały na nich przepysznie bujne pierzyny i poduchy, barwne zasłony. Cyganki wyruszały „do pracy”, mając na głowach barwne chustki, a z ich uszu zwieszały się wielkie złote kolczyki. Spódnice mieściły chyba całe metraże wiotkich i wielobarwnych, wzorzystych tkanin, przyprawiających swą pysznością o zawrót głowy. Do naszego domu Mama nigdy ich nie wpuściła, co z siostrą kwitowałyśmy zdziwieniem i niezadowoleniem. Zdawało mi się, że Mama, jak zwykle, zamyka dostęp do czegoś niezwykłego i wspaniałego, zmuszając do tkwienia w zwyczajności. Jeszcze teraz żałuję, że byłam posłusznym dzieckiem, bo tamten świat bezpowrotnie zginął bez mojej uwagi i nigdy już nie zdołam przyjrzeć mu się z bliska. Pamiętam jeszcze, że jak urzeczona obserwowałam chyba w 1973 r., na Wita Stwosza w Oliwie, na wysokości Wydziału Humanistycznego UG, mknący z zawrotną prędkością wóz, którym powoził „ na stojaka” piękny młody Cygan, śmigający batem. Za nim na furze siedziała cudna młoda Cyganka, trzymająca przy piersi niemowlę. Stałam jak wryta i zaczarowana, bo okazało się, że Cyganie jeszcze są gdzieniegdzie, jak ci dawni, choć o taborach już zapomnieliśmy. To się już nigdy nie powtórzy! Codziennie niknie na naszych oczach jakaś cząstka przeszłości, czyniąc miejsce nowemu. Takie jest prawo życia. Warto pielęgnować własną pamięć, czyniąc ze wspomnień osobistą krainę ducha, nie pozwalając umrzeć naprawdę temu, co rzekomo odeszło bezpowrotnie. To wspomnienia sprawiają, że zachowujemy tylko w sobie, czasem nie tylko dla siebie, bezcenne bogactwa. Mają wartość daleką od rynkowej… Żałuję jedynie, że nie potrafię malować- cóż to by były za dzieła! W moim życiu wiele było, ale nie minęło…

Tatko zawsze Mamę popierał i tłumaczył, że „Mamusia ma rację i dlatego stawia kolację”. Jego zdanie, jak werdykt najwyższego trybunału, ucinało wszelkie dyskusje. Bez niego, niestety, autorytet Mamy zawsze był narażony na upadek. Tatko był zwycięskim mediatorem, gdy trzeba było wywalczyć prawa o rewolucyjnym znaczeniu. Np. zerwanie z kokardami graniczyło z cudem. Gdy byłyśmy w 4. klasie, zdołał nas wesprzeć, byśmy nie wstydziły się przed światem, który wielkimi krokami szedł do przodu, że jesteśmy reliktami przeszłości. Mama się poddała! I tak długo powtarzała, że wyglądamy jak bezdomne sieroty i trwała w stanie urazy. Dziś sądzę, że cierpiała z powodu rządów dzieciarni, czyniącej zamach na zaszczepione w niej, urodzonej w 1915 r., spadkobierczyni zwyczajów tzw. dobrego domu i tonu. Wszystko to działo się przeszło 50 lat temu. Nie do wiary, że w tak krótkim czasie przewaliło się przez mój życiorys tyle cezur postępu, odmierzających upływ czasu i bieg pokoleń, nie wiadomo jeszcze, ku czemu. Należę do epoki liczydła, a teraz te słowa składam na komputerze. Zdążyłam jeszcze w swej pracy nauczycielskiej skorzystać z dobrodziejstwa Internetu, z możliwości tworzenia w ramach nowej techniki komputerowej, a nawet napisałam i wydałam książkę. Jestem jednak szczęściarą! Pokolenie XXI wieku chce znać przeszłość swej rodziny i matki- to doprawdy budujące!

W naszym babińcu szmatki odgrywały znaczącą rolę. Czasy były trudne, a trzeba było w czymś chodzić. Zimą nosiło się kapce przywiezione przez mamę zapobiegliwie jeszcze z Tarnowa w wielu rozmiarach. Nie widziałam nikogo w takim obuwiu, ale jednak już w 4. klasie z nich wyrosłam i zaczęłam, jak inni, nosić okropne kamasze. Wystawały z nich grube wełniane skarpety z owczej, gryzącej wełny. W ubieraniu nas pomagały Mamie panie Iniołku, mieszkającej przy sklepie z resztkami na Armii Polskiej i, Zającowa z Polanek. Mama nabywała tzw. resztki naprzeciw Domu Zarazy albo pruła Tatki znoszone garnitury, by po przenicowaniu stawały się garsonkami i kostiumikami dla dziewczynek. Do tego ofiarowywała mi swe stare bluzki, które były z prawdziwej, delikatnej wełny i innych szlachetnych materii, chyba przedwojennych. Ciągle coś przerabiała, odpuszczając fałdki i poszerzając boki z zapasów. Sama szyła nam płócienne koszulki zaobrębione szydełkiem, do których dodawała długie podwiązki na gumkach dla podtrzymania pończoch w prążkę. Zdjęłam je dopiero w 7. klasie, domagając się gumowego pasa, jaki nosiła mama. Czułam się wspaniale i dorośle, gdy odczuwałam, że dorównuję jej stylowi ubierania się. Słyszę dotąd powiedzenie: „Kiedyś córki ubierały się, jak matki, dziś matki ubierają się, jak córki”. Należę do obu grup! Do dziś przechowuję z pietyzmem stareńkie prześliczne guziczki przy bluzce, która służy mi od 1974 r., którą uszyła Ania A. (żona kolegi mojego męża z pracy w rafinerii gdańskiej, obecnie mieszkająca w Niemczech) w czasie po urodzeniu Monisi. Była to seledynowa rybsowa sukienka mamy, podarowana mi na 14. urodziny. Mam też chusteczkę do nosa, szytą przez mamę, która jest fragmentem mojej spódniczki z czasów, gdy nosiłam filcowy haftowany serdak szyty i haftowany przez nią. Wszystkie te cuda żyją nadal na starych fotografiach i to one głoszą chwałę mego cudownego świata, który odejdzie pewno tylko wraz ze mną.

W starej komodzie wirują sukienki

dziewczynek, kawałki wstążek,

niedokończone wachlarze falban,

skrawki kieszonek, ścineczki,

które mają moc czarowania swą

niedawną świeżością i zapachem

sklepu tekstylnego, dźwiękiem naparstka.

Mają miękkość dłoni pieszczącej

zszywany brzeg.

Te wszystkie skarby pilnują się same

i tylko czasem pozwalają wybranym

oczom zamoknąć, skropić się łzom

rozrzewnienia

i przytulić do wspomnień.

Skrawki te są punktami planu do rozwinięcia

w powieści-rzece.


Tak, pamiętam , a pomagają portrety Rodziców, strzępy koronek, stary pasek do sukienki Mamy, która pięknie uwydatniała jej urodę prześlicznie wykrojonym dekoltem i świetnie dopasowanymi bucikami wiązanymi splecionym wokół kostek paseczkiem. Pasek do tej nieistniejącej już ciemnozielonej sukienki wisi dotąd w mej szafie i snuje swą opowieść, ilekroć nań spojrzę. Ubierać go nie mam odwagi, wszak nigdy nie był mi podarowany- został po Mamie... Pamiętam całą maminą garderobę i starannie dobrane dodatki! Mogłabym zrobić jej katalog z najdrobniejszymi szczegółami!

Wonie przeszłości czuję nadal i muszę czasem pojechać choćby na jeden dzień do Oliwy, by „powąchać powietrze”. Jestem uzależniona od świata, którym żywi się każda komórka mego ciała, każda myśl nastawiona na dalsze trwanie. Błogosławię szlachetność Izy, przyjaciółki i szkolnej koleżanki, która umożliwia mi przebywanie w Oliwie i oddychanie jej życiodajną zielenią przynajmniej raz w roku.

Napisałam kiedyś siostrze, tak samo tęskniącej zza morza:

Nasze dziewczęce lata

uwiły sobie gniazdo w twoich warkoczach.

Twoje dawne dziewczęce warkocze oplotły mnie siostrzaną miłością.

Twój nieśmiały uśmiech

dosięga marzenia

o powrocie

Ze ściany pamięci błyskają ufnie

roześmiane oczy Hani i Basi

Czy jest za nią wspólne jutro?

Czy powtórzą się nim powroty

w jasność, którą nosi fotografia?

W co wplecie się

srebrna nić Ariadny

lekko operującej wstęgą czasu

sunącą do tego samego kłębka?

Co zmieści się w Jutro i co zostanie w Wczoraj?

A może tylko czar zamkniętych powiek

otwiera

wrota tajemnicy

by być to tu- to tam...


Zdarza mi się też kroczyć z całą naszą tamtą Rodziną do kościoła- dzieci trzymające się za ręce, a potem oni pod rękę, godni i zadowoleni, nieustannie z sobą rozmawiający, żartujący, komentujący ostatnie wydarzenia domowe, czy tatki związane z pracą. Całe Polanki pełne były takich rodzin, przemierzających drogę albo do o.o. Cystersów, albo do katedry. Była to prawdziwa parada ludzi w najlepszych, świeżych ubraniach, w wykrochmalonych koszulach i bluzkach, uśmiechniętych lub poważnych, zawsze jednak wyglądających odświętnie. Dziś już tego nie ma, przyjęło się chodzić zarówno do kościoła czy teatru, kina czy na spacery w dżinsach i innych zwyczajnych ubiorach. Jakby życie spowszedniało. Wtedy było ono bardzo skromne, dlatego przywiązywano wielkie znaczenie do jego oprawy. W odświętnych niedzielnych sukieneczkach wspinałyśmy się na zarośnięte dzisiaj „murki” na wysokości ogrodnictwa i dworu oliwskiego, będącego siedzibą nadleśnictwa, położonego daleko za płotem. Tatko nas podsadzał, potem prowadził obiema rękami, przytrzymywał i pomagał zeskakiwać na chodnik. Dziś pewno żadne dziecięce nóżki nie dotykają ich, jak kiedyś, bo gęsto zarosły trawą. Inne mają dziateczki atrakcje… Tak tradycyjnie wyglądała droga na mszę św., a po niej zawsze spacerowaliśmy po parku czy ogrodzie botanicznym, naciągając rodziców na kolorowe wiatraczki, lśniące piłeczki jo-jo wypełnione trocinami. Niedawno kupiłam sobie taką samą w tym samym miejscu, przy bramie głównej, by poczuć tamtą radość. Chyba jednak ofiaruję ją jakiemuś dziecku, bo straciłam już ochoty na tę zabawę. Pewno stałam się nieskorą do figli Hanią, która powinna zacząć baczyć na swe siwe włosy...

Nie mogę pojąć, dlaczego zarzuciłam zwyczaj noszenia rękawiczek i kapeluszy. Kiedyś było to niemożliwe, by pani „w pretensjach” czy dziewczyna z dobrego domu, jak mawiała mama, chodziła z gołą głową i nieubranymi rękami latem czy zimą, do tego w rozpiętym płaszczu czy żakiecie! Zgroza! Obserwując czasem ulicę, spostrzegam dziś tę staranność ubioru u bardzo starszych osób i jest mi bardzo miło uczestniczyć w takim obrazie przeszłości, nakładającym się na teraźniejszość. Sama poddałam się biegowi czasu i dostosowałam do obecnych zwyczajów, choć mam ciągotki do dawnej elegancji. Wtedy moje córki mawiają: „O, jaka pańciuńka!” albo: „ Mamo, znowu ubrałaś się pańciuńkowato! W tej chwili się przebieraj. Jesteś jeszcze młoda i nie dodawaj sobie lat!” Na pewno, gdy poczuję dotkliwe kąsanie zębem czasu, powrócę w znajome klimaty zwane kiedyś przez mamę szykiem i zacznę nosić się stosownie. Wtedy nasz domowy „arbiter elegantiae”, jako na pewno pięknie odziana dusza, z gracją przemierzająca niebo, powie : „Tak, Haniu, tak możesz wyjść”. Mama była zawsze bardzo kobieca we wszystkim, co robiła. Jej magnetyzm udzielał mi się. Byłam wierną obserwatorką nawet jej ruchów . Zależało mi na jej uznaniu, co rzadko udawało się osiągnąć. Najczęściej tęskniłam za matczynym dotykiem, a ten towarzyszył prawie wyłącznie czesaniu, mierzeniu ubrań do przeróbki, kąpieli i wcale nie przypominał miękkości ręki tatkowej! Jak najczulsza antena odbierałam jej nastroje, byłam często podszytą strachem dziewczynką, obawiającą się gniewu, grymasów, skarg, których listę przedstawiała tacie po jego powrocie z pracy. On jednak potrafił osłodzić każdą gorzkość! Chciałam naśladować mamę, nawet mając 14 lat zaczęłam się od niej uczyć robienia kapeluszy! Kilka słomkowych zrobiłam na zamówienie sąsiadek, sobie też. Lubiłam przyglądać się rozmaitym drewnianym formom, przewiezionym z tarnowskiej pracowni mamy, które spoczywały zwykle w kufrze w piwnicy, i wyobrażać sobie, jakie też można by uczynić z nich nakrycia głowy i jak bym się w nich prezentowała. Nadal mam maleńkie „żelazeczko”, którym głaskałam mokrą zaparzaczkę, prasując formowane kapliny i stożki pod maminym okiem. Jedna stara i zżarta przez korniki, podstawowa, stoi dziś w mieszkaniu mojej siostry, zaś mnie służy nadal stojaczek pod gotowy kapelusz, tzw. grzybek. Kapelusz, rękawiczki, torebka i buciki musiały współgrać kolorystycznie i stylem. Miałyśmy bez liku, szczególnie milanezowych, rękawiczek często pranych w miednicy, by zawsze były gotowe do wyjścia. Tak, mama była prawdziwą mistrzynią w dziedzinie smaku i miała rzadką umiejętność znajdowania w smutnych ówczesnych sklepach rzeczy tanich i ładnych. Tę jej cechę odziedziczyła moja siostra.

Jak widać, wpojone w domu zasady pozostają z nami na zawsze. Ja sama jednak mam sobie wiele do zarzucenia w tym względzie, bo tylko w nikłym stopniu miałam wpływ na to, jak się ubierają moje dzieci, odkąd skończyło się ich wczesne dzieciństwo. Już słyszę ich chichot i słowa okraszone filuternymi minkami: „Kakuru, nie gniewaj się, ale czasy się zmieniły... Teraz możesz z nas brać przykład...”

WYCHOWANIE


Odkąd pamiętam, Mama nas wychowywała, a Tatko kochał, rozpieszczał, zabawiał, figlował, rozumiał, bronił jak rozsrożony lew i dawał niewyobrażalnie dużo uwagi. Miałam wrażenie, że jest przy mnie nieustannie, nawet, gdy był w pracy czy wyjeżdżał. Mama była z nami fizycznie, dbała o dom, o przyziemne sprawy, była ciągle zajęta i nie było jej w głowie przytulanie dzieci. Mieszkanie mieliśmy ogromne, a Mamie nie pomagała żadna gosposia. Już jako dorosła kobieta z doświadczeniem życiowym podziwiam ją, jak sobie radziła z trojgiem dzieci i prowadzeniem gospodarstwa, w którym wszystko grało. Owszem, ciekawie i ze wzruszeniem opowiadała swe dzieje przy cerowaniu. Lgnęłyśmy do niej. To Mama nauczyła nas pioseneczek, jak choćby: „Haniś, moja Haniś”, „Ta Dorotka, ta malusia”, „Przybyli ułani pod okienko”, „Był sobie król...”, „W zielonym gaiku”, wierszyka:

Kotek kulawy szedł sobie drogą,

ktoś nieostrożny trącił go nogą.

Nie trącaj kotka, rzekła dziecina

Niech sobie idzie biedna kocina”

i opowiadała bajki np. o jaskółeczce, którą pojął za żonę kret. Najciekawsze były historie z jej życia, dzieciństwa, które miała bardzo smutne. Mama wspominała, jak z lubością rozsznurowywała wysokie trzewiki babci Ewy, brała stopy w ręce, całowała je i pieściła, myjąc. Wtedy babcia szorstko informowała, że dość już tego. Była elegantką, która ubierała się w najlepszych magazynach mody, nosiła liczne i piękne futra, których mama z pieszczotą dotykała, wąchając przy tym zapach perfum. Nie mogę sobie wyobrazić warszawskiego przedwojennego świata Mamy, mimo że barwnie go opisywała. Jego reliktem przeniesionym do moich czasów były delikatne, falbaniaste fartuszki nakładane na sukieneczki. Sama takie szyłam starszej córeczce, ale młodsza wychowała się już bez tej ochrony… Podobnie było z drewnianymi kołami popychanymi okrągło toczonymi kijeczkami- mama za takim samym biegała w Alejach Ujazdowskich. W Dolinie Szwajcarskiej przy muzyce uczyła się jeździć na łyżwach pod kierunkiem własnego nauczyciela. Miała wielkie zdolności w tym kierunku. W ogóle Mama była wysportowana i giętka, czego nieraz dowodziła, demonstrując przed dziećmi swe gimnastyczne sztuczki. Jedyny raz w moim zeszycie szkolnym narysowała postać piekarza, bo nie chciałam pójść do szkoły bez pracy domowej. Okazało się, że udał się nad podziw! Miał biały czepek, szerokie spodnie i opasujący je wielki fartuch, ale najpiękniejsze były gęste wąsiska. Zdaje się, że był to jakiż piekarz z czasów mamy… Nigdy potem nie udało mi się namówić jej na wspólne odrabianie lekcji. Tym zajmował się tylko Tatko.

Nie brała nas Mama na kolana, nie przytulała. Czesała bez delikatności nasze długie warkocze, często ciągnąc i wywołując łzy. Nie reagowała. Była szorstka w obejściu. Cóż, taki przykład wziął się skądś, nieprawdaż? Na szczęście był jeszcze tatko, tryskający zawsze doskonałym humorem i wynagradzający wszelkie braki. Przykładała się Mama bezwzględnie do wychowania dzieci w duchu pobożności, często prowadząc mnie i siostrę do kościoła, ucząc modlitw, klękając przed świętymi obrazami i głośno prowadząc różaniec. Jednak, kiedy wyrosłyśmy, nigdy się to już nie zdarzało, a nawet w ramach młodzieńczego buntu i poszukiwań na własna rękę, wątpliwości i zaniechań, czas mszy spędzałam w parku lub na pobliskim cmentarzu, upajając się wzruszeniami egzystencjalnymi. Myślę, że wyniknęło z tego wiele dobrego, a taktowne zachowanie Taty i Mamy w tym względzie pozwoliło mi się uporać po latach z własną drogą życia duchowego. Jednak relikwią rodzinną pozostałą z Powstania pozostał na zawsze obraz, przedstawiający Jezusa z uniesioną jedną dłonią, i drugą, dotykającą Boskiego serca, który, już jako nadpalony, Mama wyniosła z pożaru jakiejś kamienicy zaraz po wyjściu ze schronu po bombardowaniu. Potem zawiesiła go na sznurku na swych piersiach i ze słowami: „ Jezu, prowadź”, poszła z dzieckiem na dalszą tułaczkę. Okazało się, że naprawdę poprowadził z Warszawy do obozu w Pruszkowie, skąd odchodziły transporty do Oświęcimia, wywiódł z pociągu wprost w ręce pani Ireny hrabiny Ż.( później mojej matki chrzestnej, rodowitej Węgierki), która z każdego transportu ratowała jedną kobietę z dzieckiem, a potem w majątku dawała bezdomnym schronienie aż do wyzwolenia. Potem błogosławił jej osiedlenie się w Tarnowie wśród sprzętów podarowanych na drogę przez hrabiostwo Ż. i pracę we własnej pracowni modniarskiej „ Lili”, którą z mozołem urządzała, czekając powrotu Tatki zza granicy. To na pewno On ich potem połączył i darzył rodzinnym szczęściem tę miłość uosobioną w moich rodzicach. Obraz ten wisiał w naszym domu na czołowej ścianie obok pięknych portretów rodziców i innych pamiątek z Tarnowa- obrazków podarowanych mamie przez starszą panią Ż., która po wojnie znalazła się w domu opieki prowadzonym przez zakonnice. Mama z Krzysiem często ją odwiedzali. Teraz ja przekazuję te rodzinne pamiątki swoim dzieciom.

Wychowywanie nas często polegało na karaniu. Mamę trzeba było przepraszać, całując ją w rękę na klęczkach. Wtedy czekałam na przytulenie, czy choćby pogłaskanie ze słowami: „Nigdy już tego nie rób!”. Siedziała nieporuszona jak skała. Czułam, że sprawa nie jest zakończona i biegłam do Taty, który brał na ręce lub otarł tylko łzy, by życie mogło toczyć się radośnie. Omijałam potem Mamę przez długi czas z daleka, by się jej nie narazić lub ukryć wstyd. O, tak, często się wstydziłam. Jako mała dziewczynka robiłam to jeszcze w inny sposób: stawałam przy ścianie, jakbym się do niej tuliła, unosiłam i łączyłam rączki na wysokości czoła i buczałam, dopóki się nie zmęczyłam płaczem. Gdy Tatko był w domu, sprawa trwała krótko, bo on nie znosił smutku. Do równowagi dochodziłam też w ogrodzie lub na jabłonce, wspinając się na rozwidlenie gałęzi aż przyszedł po mnie Tatko i triumfalnie, podskakując, robiąc różne miny, prowadził do domu. Nie pamiętam też, bym kiedykolwiek musiała go przepraszać! Owszem, często tłumaczył, że "mamusię należy szanować, być jej pomocą , bo ma wiele pracy i zmartwień, że jest przemęczona." Przy tym przytulał Mamę i przy nas ją obejmował, całując siarczyście. Tata najlepszy był w kochaniu! W domu zawsze wschodziło słońce, gdy wchodził lub się budził. Nigdy nie wylegiwał się na tapczanie, bo nawet, gdy na chwilę złożył głowę na poduszce, razem z Bają na niego wpadałyśmy z impetem i wtedy robił nam samolot, kiwając w górę i dół, na boki na wzniesionych nogach albo robił nam patataj. Bywało, że zawiązywałyśmy mu niezliczone ilości kokardek na bardzo rzadkich włosach. Dla nas ich wystarczało! Potem radośnie biegłyśmy na podwórko lub do ogrodu do czasu, gdy tatko wołał: „Hania, Basia, Krzysio, kolacja!” Stojąc na ganku z wesołą miną zamykał korowód i zamykał drzwi na skobel. Oznaczało to, że dzień się kończy i zaczyna rytuał kolacja- mycie- szykowanie łóżek- modlitwa rodzinna przed obrazem- całowanie do snu. Mama głośno przynaglała: „Tadziu, dość tych fanaberii! Spać!” Dom cichł, a z ogrodu dochodził cudny ptasi koncert, kumkanie żab i szemranie strumyka. Niekiedy, szczególnie podczas mglistych wieczorów, buczki okrętowe przypominały, że mieszkamy nad morzem, a gwizd lokomotyw, że jacyś ludzie wędrują zamiast spać we własnych łóżkach, jak my. Kiedy zaczynały się jesienne wichury, bałam się, spoglądając w okno, o które uderzały gałęzie winorośli. Wtedy przypominały się straszne wojenne przeżycia mamy i trącałyśmy się z Bają łokciami, dodając sobie animuszu. Wiedziałyśmy przecież, że kiedy Tata jest w pobliżu, wszystko będzie dobrze.

Na ogromnym kuchennym kredensie wisiała pyta- dyscyplina- wiele cienkich rzemyków ujętych w drewnianą rączkę. Każde z nas wiedziało dobrze, do czego służy i wcale się to nam nie podobało. Drażnił nas ten widok, więc czasem w akcie odwagi, za namową Krzysia, przenosiliśmy ją w inne miejsce, tajemne, pod wielki tapczan rodziców. W stosownym momencie, gdy okazywało się, że jej nie ma, milczeliśmy, robiąc niewinne minki. Jednak pamięć miejsca sprawiała, że każde z nas widziało ją na stałym miejscu, jakby miała czapkę niewidkę! Z czasem wydobywaliśmy ją spod tapczanu, by obcinać po jednym rzemyku finką Krzysia. Nie sądzę, by Mama, która sprzątała dokładnie, o tym nie wiedziała. Po prostu rodzice musieli dobrze nas znać i bawiło ich to tajemne porozumienie. Bicie polegało na tym, że Tatko zdejmował pasek od spodni i gonił nas wokół stołu, a potem, znużony bezproduktywnością tego biegu, z filuternym spojrzeniem i ze słowami: „Ja was jeszcze złapię!”, zakładał pasek. My w tym czasie umykaliśmy z domu chyba po to, by Tatki nie zawstydzać, bo jednak mieliśmy poczucie winy, a także, co tu gadać, przyzwoitości, by oszczędzić mu wstydu z powodu upadku autorytetu. Za to klapsy Mama wymierzała bez skrupułów i była to normalna rzecz. Poza tym jej klapsy nie bolały duszy, ale jednak po „wykonaniu wyroku” schodziłam jej z drogi i czułam się bardzo niezręcznie! Z mojej perspektywy, nigdy tak naprawdę nie dałam powodu do kary cielesnej. Zresztą tak pewno myślały wszystkie dzieci… Dziś sprawy mają się inaczej i dobrze.

Moi Rodzice oboje bardzo się starali dobrze nas wychować, każde na swój sposób. Byliśmy ich latoroślami, które kochali, dbali o rodzinne gniazdo jak najczulsze, gruchające gołąbki. Oboje mieli za sobą bolesne doświadczenia życiowe, które stały się mocnym fundamentem i oparciem dla nich samych i dla nas. Ich dom był enklawą spokoju i bezpieczeństwa, oazą w ciągle niespokojnym świecie. U nas nigdy i nikt pod żadnym pozorem nie mówił podniesionym głosem. Wszystkie sprawy były omawiane, dzieciom nieustannie coś się tłumaczyło. Nie Mama, ale Tatko mówił, dlaczego ma być tak, a nie inaczej. Mama dbała o tzw. formy, „żebyśmy nie wyrośli na dzikusy”. Paradowałyśmy przed rodzicami w nowych kompletach ubiorów, które opracowywała Mama i słuchałyśmy opinii Taty, który rozparty na krześle wodził za nami oczami i powtarzał: „Dziecinka, one wyglądają, jak księżniczki” i dumnie prężył pierś. Nigdy nie miałyśmy wpływu na to, co nosimy. Nawet nie wybierałyśmy materialików w resztkowym, czy na rogu Leśnej. Mama decydowała o tych rzeczach sama.

Komentarze polityczne Taty, które podsłuchiwałam przy każdej okazji uzmysławiały, że tylko tu, gdzie ściany mają uszy, ale są pod ścisłą kontrolą, można spokojnie żyć. Słowo „Katyń” padło z ust palacza naszej kotłowni, pana Sz., którego Tatko rozgrzewał w mroźne dni naprędce przygotowanym sznapsem. Wtedy dowiedziałam się, że nikomu i przenigdy nie wolno tego słowa powtórzyć, żeby Tatko nie poszedł do więzienia. Wtedy wiało grozą! Jedynie z panem Weyhertem, starszym panem ubranym w pumpy, wysokie skarpety na podwiązkach i w jasną lnianą marynarkę z krótkim rękawem, z kontrafałdą na środku wzdłuż linii pleców, ujętą w patkę, w panamie na głowie, z sumiastym, opadającymi wzdłuż brody siwymi wąsami, wiódł Tatko na ulicy- róg Tetmajera i Polanek, (gdzie na 1. piętrze ów strszy pan mieszkał z żoną), oczywiście przyciszonym głosem, polityczne dysputy. Wszak pan Weyhert był bardzo dobrze poinformowany, bo miał jakieś konspiracyjnie uczynione radio, z którego czerpał aktualne wiadomości ze świata, które, wymachując piękną laską, przekazywał, zaczynając od słów: „Moje uszanowanie panu doktorowi! Czy pan wie, że...?”. Tatko słuchał, jak i ja, niewinne, ale rezolutne i spostrzegawcze dziecię, że Chińczycy znowu przekroczyli granicę i co się tam dzieje, że rząd polski w Londynie..., że Ameryka... i co, panie dzieju, z tego może wyniknąć. My mieliśmy tylko kukuruźnik, który po włączeniu do kontaktu można było regulować pokrętłem na ciszej lub głośniej. Kiedy miało się na nową wojnę, Mama zabierała nas na zakupy do pomocy, by zgromadzić kaszę, fasolę, mąkę, zapasy szarego długiego mydła, które sklepowa odkrawała nożem na żądaną długość itp. produkty umożliwiające przetrwanie. Dobrze pamiętała kaszę-pluj i wyjazdy mężczyzn z okupowanej Warszawy na prowincję, którzy w waciakach opuszczali swe domy szczupli, a wracali bardzo dobrze zbudowani! W rowkach waciaków przewozili ze wsi jedzenie.

Na ścianach mojej szkoły nr 35 na Wita Stwosza w Oliwie wisiały portrety Konstantego Rokossowskiego, Bieruta i Stalina. Potem portrety zmieniły się na nowe, z Gomółką i Cyrankiewiczem, Zawadzkim z biegiem tzw. demokratycznych przemian. Nie widziałam niczego złego w melodyjnych piosenkach, które uwielbiałam, a które często płynęły z naszego „radia”: „Ukochany kraj”, „Na prawo most”, „Budujemy nowy dom”, czy „Hej, chłopcy”, „Zachodni wiatr”, „Paryski Gavroche”, „Piosenka przypomni ci” Marty Mirskiej, „Karuzela”, „ Serduszko puka w rytmie cha-cha” Koterbskiej, Nataszy Zylskiej „Kasztany”, „Złoty pierścionek” Hanny Rek, albo Kaliny Jędrusik „Mój pierwszy bal”, nie wspominając o Foggu.

Tata chodził z nami na poranki do kina „Delfin” na Armii Radzieckiej, która była przedłużeniem Armii Polskiej w stronę Grunwaldzkiej i woził do Wrzeszcza tramwajem do teatru „Miniatura”. Prowadził nas na przedstawienia parafialne do budynku przy seminarium Duchownym i domu Biskupim przy katedrze. Czasem jeździliśmy na molo do Sopotu. Kiedyś bardzo mnie zdziwiło, że Mama wita się, gdy przechodziliśmy przez Monte Cassino, z bardzo starszym panem, całując go w rękę, przyklęknąwszy! On pogłaskał ją po dorosłej głowie, jak dziecko, a Mama płakała. Jak się okazało, należał z Jej ojcem do warszawskiego klubu piłsudczyków i przywrócił obrazy dzieciństwa. Był to arystokrata o nazwisku, którego nie pamiętam. Mama zmarła w 2004 roku, gdy nie planowałam jeszcze tej pracy i bardzo mi wstyd, że nie zadałam Jej wielu pytań, na które już nigdy sama nie znajdę odpowiedzi. W przyszłości licealnej Tata nie pozwalał nam uczestniczyć w żadnych wykopkach czy wyjazdach, zawsze organizowanych w porze wydarzeń religijnych, np. gdy Oliwę odwiedził kardynał Wyszyński, chyba w 1966 roku na Millenium chrztu polskiego. Był nieugięty. Mówił z mocą: „Moje dzieci wychowuję ja!!!”. Wtedy w jego oczach palił się ogień, którym miotał i wzbudzał uszanowanie. Koniec dyskusji. Nigdy nie wstąpił do partii, nawet do ZBOWiD-u, uważając go za „bandę zdrajców narodowych”. „Od Moczara, który ma polską krew na rękach, nie przyjmę niczego!!!” Dopiero, gdy czasy się zmieniły, wstąpił do Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej i przez wiele lat miał kontakt ze swym oddziałem batalionu „Kiliński”. Nawet po śmierci Tatki kontynuowałam grzecznościową korespondencję z jego dowódcą, Bronisławem Ciekanowskim- „Kopaczem”, który dożył ponad stu lat. Od 2005 r. nie odpowiada na moje listy... Tatki pamiątki w postaci medali z Akcji Burza, dokumenty, tabliczkę obozową- tzw. nieśmiertelnik z obozu jenieckiego- przechowuję dla wnucząt, bo tak trzeba. Historia rodziny jest pożywieniem i aktem honoru, oddaniem sprawiedliwości tym, którzy nie spędzili życia pod piecem, pośród wygód. Jest ten, kto nie zmarnował czasu ani sił, by zachować się w każdych warunkach przyzwoicie wobec świata i ludzi, a tym samym, wobec siebie. By mieć dla siebie szacunek, warto ubrać się w przeszłość przodków i dopisywać do niej godne własne dnie i noce choćby pod oliwskim lasem.

Ciągle łzy napływają mi do oczu, gdy wspominam mego bohaterskiego ojca, który jednocześnie był skałą nie do skruszenia, pryncypialny w sprawach najwyższego rzędu, co sam określał, i- miękkim jak wosk, czułym, empatycznym człowiekiem! Zawsze chciałam być taka, jak On. Nigdy mu nie dorównam w oczytaniu, w mądrości, w spolegliwości, wierności zasadom, uczciwości i ...słów brakuje. Mogę się jedynie starać. Był skautem, latał na szybowcach, recytował z pamięci po grecku „Iliadę” i „Odyseję” z heroicznym akcentem wymaganym przez heksametr, przepięknie śpiewał głosem podobnym do Beniamino Gigli [dżili] w arii z „Poławaczy pereł”, wzruszał się na widok małych dzieci, umiejąc z nimi rozmawiać ich językiem. Nie mądrzył się, nie puszył, chyba że z dumy ojcowskiej i dziadkowej. Był straszny dla wrogów jako obrońca uciśnionych, nienawidził obłudy i dwulicowości. Pewno dlatego nie zrobił kariery. Musiałby umieć wygryźć ze stanowisk znanych mi z opowiadań mamy dyrektorów w Wiśle, oliwskim zoo, w ZGR w W., a potem w Sz. Partia, nie mając ludzi jego formatu, chciała, by reprezentował Polskę Ludową za granicą! Przecież rzadko kto wtedy „mówił językami” i miał taki dorobek naukowy. Pewno dobrze się stało, bo może dziś nie pisałabym o Nim sercem i sama byłabym kimś innym? Wychowanie bowiem, to przede wszystkim przykład. Nawet, jeśli naśladuję Tatkę nieudolnie, jeśli nie wzięłam z Mamy, tego, co było w niej najlepsze, to i tak mam wielkie szczęście być Ich dzieckiem, ciągle wobec siebie wymagającym i mającym poczucie potrzeby rozwoju do końca dni, tęskniącym za pięknem ukrytym w zwyczajności i cichej pracy tam, gdzie jestem i gdziekolwiek ktokolwiek mnie potrzebuje. Dawać innym najlepsze, co we mnie, to tajemnica radości życia. Dlatego cisną mi się teraz na usta słowa: „Miłość mi wszystko wyjaśniła. Miłość wszystko zrozumiała. Dlatego uwielbiam tę miłość, gdziekolwiek by przebywała”.

Gdy Tatko zmarł 9 maja 1997 roku ok. godz. 8.30 rano, robiąc mamie, swej Dziecince, ostatnią w swym życiu herbatę, znowu spojrzałam na utracony bezpowrotnie świat. Musiałam radzić sobie sama, bo już mnie nie mógł chronić, nie potrafił objąć i wysłuchać albo tylko ze zgrozą w sercu pomilczeć. Właściwie, wystarczało mi przyjeżdżanie do Rodziców wraz z mężem i dziećmi, bądź sama, by umyć okna, posprzątać, zrobić zakupy, pospacerować „tylko do Wałęsy”, wysłuchać, popatrzeć na jego dzielność w obliczu choroby. Wracając z cmentarza, poczułam się najbardziej osamotniona sierotą, jaką kiedykolwiek nosiła ziemia.

Tatku,

Usiądź tu

na moim ramieniu

zaszum pośród listowia

zajrzyj aniołem do mego serca

dotknij obolałą myśl, jak wtedy

gdy na gorącym czole dziecka spoczywała

Twa Dłoń, a stroskane oczy udawały żart.

Wytrzyj me serce z cierpienia

zamknij je w swoim Świetle

i chroń.

Wieczny swój odpoczynek

Daj mi

bo słodki jest pamięcią

Twego Bezpiecznego Ramienia!

Biegnę ku Tobie z drżącą radością

byś ułożył swe dziecię warkoczne

w kołysce nadziei i prawdy

gdzie miłość jest zdolna do życia!

Usiądź tu, Tatku...

Im dalej jesteś, tym bliżej Źródła

Ogrzej mnie ciepłem miłości

które z mojego życia wycieka, Tatku!


Potem było już tylko smutno i smutniej mimo radości z pięknych i dobrych dzieci i życiowej wiary- nadziei -miłości... Ale o tym nie opowiem nawet potem.

W  SZKOŁACH


Nie wiadomo, kiedy minęły lata, które kręciły się wokół jednej osi, lata rozpanoszone w zieleni i beztrosce, w rytmie zabaw w bujnym ogrodzie, na podwórku, wśród wysokich dywanów jesiennych liści, pokrywających cały chodnik od strony poprawczaka, głębokich tuneli wypracowanych w zaspach śnieżnych, sięgających naszego wzrostu, kałuż, dających budulec do wyrobu „masła”, uklepywanego pracowicie małymi nóżkami. Dotychczasowy mój świat, to pyszny oliwski las, a u jego podnóża nasz DOM- OGRÓD – RODZICE. Jeśli cokolwiek gdzie indziej, to tylko parę ulic dalej po śmietanę czy chlebuś (tak się o nim mówiło!) do sklepiku na Orkana, czy malutkiego zielonego kiosku spożywczego na Bażyńskiego przy „niewidomych”. Już wtedy odebrałam pierwsze nauki, dotyczące wartości pieniądza! A to raz zgubiłam 20 zł z wizerunkiem prostej kobiety w białej chustce na niebieskim tle, a to przycięłam suwakiem i rozdarłam 100 czerwonych zł, na których widniał młody górnik o bardzo poważnej twarzy, a to dałam się oszukać koledze Krzysia, Wieśkowi P., który twierdził, że moje nowiuśkie 5 zł z rybakiem i siecią, to mniej, niż 5 gr, które mi zaraz ofiaruje, jeśli chcę zarobić! Gorzko tej zamiany żałowałam, gdy okazało się w sklepie na Żeromskiego, do którego zaraz się wyprawiłam, że nie dostanę za to nawet jednego cukierka! Litościwa ekspedientka, widząc moją żałosną minę, wsunęła mi do rączki aż dwa cukierki, które natychmiast zjadłam, połykając łzy. Baja nigdy nie miała takich zdarzeń na swoim koncie! Ani Krzysio. Zresztą, łatwo było mnie oszukać, znając upodobanie do słodyczy, głównie czekolady. Wszystkie swoje skarby ochoczo oddawałam za kawałeczek łakocia. Pamiętam śliczne złociste i czerwone papierki po jakichś zagranicznych produktach, swe najlepsze „szkiełko” do gry w klasy, kij do gry w palanta. Raz nawet posunęłam się do kradzieży! We własnej szafce pełnej książek Krzysio chomikował swój przydział w czerwonym pudełeczku porosyjskich papierosach „Druh” z widokiem psa wilczura. Po pewnym czasie, gdy byłam pewna, że mi się upiekło, usłyszałam pełne zgrozy wołanie: „Mamo, na mojej czekoladzie jest Hanki ząb!”. Zdradził mnie ślad świeżo wyrżniętej górnej jedynki… Znowu wstyd. Znowu tłumaczenie, że tak nie wolno. Dzięki Bogu, Tata wszystko rozumiał i potrafił jednocześnie zadośćuczynić i pocieszyć. Wielkimi krokami nadchodziło nowe, co łatwo było przeczuć, gdyż Mama, jak nigdy przedtem, gromadziła zupełnie nowe materiały na mundurki i fartuszki, wybierała guziczki i tasiemeczki, jednym słowem- „trzymała się za kieszeń”. Wiedziałam już, że nie idę do szkoły sama, bo Baja załatwiła sobie skrytobójczo wpis na listę pierwszaków. A było to tak.

Pewnego wiosennego popołudnia 1957 r. ja i tylko ja miałam być bohaterką dnia, najważniejszą i bardzo poważną, dumną ze swego starszeństwa córeczką i siostrą. Czułam się wyróżniona, drżałam ze szczęścia na myśl, że odtąd czekają mnie wielkie zadania. Krzysio, choć żył we własnym świecie i był "starym koniem", i Baja, będą mnie szanować, może nawet podziwiać. Dotąd stanowiłyśmy z siostrą nierozłączny duet- wszędzie razem, ubrane prawie identycznie, jak bliźniaczki, uczesane tak samo, w takich samych kapeluszach. Miałyśmy, poza jej lalką Małgosią, mówiącą ma-ma i moim celulozowym Jasiem, dokładnie takie same zabawki: misie, lalki szmacianki, pary drewnianych malowanych koników z wozami na kółkach, malutkie laleczki w becikach i wspólną zieloną w amarantowe grochy gumową piłkę, duże czerwone obręcze z kijkami do ich toczenia, wiklinowe łóżeczka z pościelkami dla lalek i wiklinowy wózeczek z budką. Tyle! Nasze koleżanki z podwórka, poza Jolką D., której tata był marynarzem, nie miały więcej. Takie to były czasy! Teraz miałam się wyróżnić, być zupełnie osobną postacią, mieć własne obowiązki i sprawy, swój świat. Zdawało mi się, że, gdy tak kroczyliśmy całą rodziną Polankami- Kasprowicza- Grottgera- Orkana na Wita Stwosza do Szkoły Podstawowej nr 35, to wszyscy mijani ludzie przyglądają mi się z podziwem i zachwycają bijącym ode mnie blaskiem radości. Całą sobą byłam chyba, jak gwiazda, wychodząca na scenę! Tylko w dniu moich imienin czułam się podobnie, gdy brat i siostra pod wodzą Taty znosili z lasu gałęzie, a z ogrodu kwitnące kwiatki, by przybrać tą zielonością mój honorowy, świątecznie przybrany na ten dzień stary i mocno podniszczony fotel. Nie było wielkich prezentów, a jedynie ładny obrus na stole, coś smacznego dla wszystkich i żarty Taty, piękna książka i ogólna wesołość , ciekawe opowieści o dawnych czasach, wspólne gry planszowe np. „Grzybobranie” albo śpiew Taty z dodatkiem starodawnych płyt firmy Odeon, nastawianych na patefonie, którego główka zaopatrzona była w szpilkę, jeżdżącą po płycie. Z czasem zmieniliśmy go na adapter „Bambino”, a patefon powędrował do kuzyna Leszka O. do Brodnicy i przepadł. Szkoda! Nie ma już tych płyt, nie ma tamtych chwil, ale ja widzę i słyszę tamto wszystko, nawet zaśpiewam „Bujaj mnie, bujaj, kochanie” Fogga…

W ogromnej sali pełnej krzeseł było już sporo dzieci z rodzicami, a trzy panie wychowawczynie, starsze kobiety, siedziały przed nami przy stolikach z listami zapisanych pierwszaków. Bardzo podobał mi się sposób decydowania o tym, kto w której będzie klasie. Wyczytane dziecko wstawało i wskazywało wybraną panią. Panie wcześniej podały swoje nazwiska. Pamiętam tylko : Klossową i Wodykową. Od razu wiedziałam, że ta śliczna starsza, malutka i słodka pani, Jadwiga Klossowa, będzie moja. I tak też się stało, byłam w Ib. Aż tu nagle usłyszałam głos mojej cichej i zawsze nieśmiałej siostry, która teraz bardzo głośno i z pretensją woła: „A ja?”. Wszyscy skierowali na nas swe zdziwione spojrzenia, a Baja czekała, stojąc. Wreszcie pani Kloss spytała: A jak się nazywasz, dziewczynko?”. I stała się rzecz straszna. Pani Kloss spytała rodziców, co oni na to i ile dziecko ma lat i… zapisała Baję do mojej klasy! Od tej pory nadal pędziłam żywot syjamskiej siostry, która musi Basi pomagać, bo jest starsza i więcej rozumie, często nosić jej tornister, bo jest silniejsza, czekać na nią, gdy się wlecze do domu itp. Miałyśmy teraz również identyczne szkolne stroje, tekturowe tornistry, śniadaniówki na skórzanych paskach, drewniane piórniki z przegródkami, obsadki ze stalówkami, książki, kredki i ten sam w domu kałamarz, przy tym samym stole naukę. Odróżniały nas tylko osobiste zeszyty i teczki rysunkowe, czytałyśmy inne książki ze szkolnej biblioteki, mówiłyśmy innym głosem. Myślę, że wszystkie dzieci lubią czasem zaznaczać swą indywidualność i mają własne potrzeby, choć słusznie wymaga się od nich poświęcenia. Jednak dla mnie było to trudne doświadczenie, tym bardziej, że Baja często mnie wykorzystywała. Dopiero w 4. klasie Tata przeniósł ją do równoległej klasy pani Kozorys, żebyśmy tworzyły własne światy, swoje układy towarzyskie, byśmy się rozdzieliły. Przecież w domu, w życiu prywatnym i tak jesteśmy siostrami, które mają tyle wspólnych spraw! Okazało się, że Baja świetnie sobie radzi beze mnie, jest śmiała i rezolutna, a do tego wolna, jak ja. Na szkolnym boisku natychmiast stworzyła grupę skakankową, podczas gdy ja mogłam spacerować swobodnie z moją przyjaciółką i koleżanką z ławki, Marylą P., czy biegać z Gabrysią A. do pobliskiego domu, gdzie jej bardzo tęga mama częstowała nas czymś smakowitym. Bardzo podobało mi się nasze boisko, na które się schodziło, a właściwie zbiegało z wysokiego ganku. Po jego bokach w oddali stały w równym rzędzie stały stare bloki mieszkalne, odgrodzone od placu niebotycznymi drzewami. Wielu naszych kolegów miało blisko do domu! Przy wyjściu w stronę dzisiejszej, nowej 35., była niska skarpa, z której zjeżdżało się zimą na tornistrach. Bywało, że zrobione z grubej, co prawda, tektury, nie mogły doczekać końca roku po tak intensywnym używaniu.

Po naszą panią, Jadwigę Klossową, chodziło się do jej domu na Derdowskiego, żeby w razie czego nie zapomniała o nas. Bywało, że jeszcze w kuchennym fartuszku z uśmiechem mówiła: „Dzieci, jeszcze tyle czasu! Kończę pranie, idźcie na boisko” Ale my, wierni paziowie, czekaliśmy na nią na ulicy, by potem stanowić orszak ukochanej królowej. Zawsze ta dzika czereda maluchów, aż do końca 3. klasy, przychodziła po swoją panią, która niekiedy z marsową miną kwitowała nasze opowieści i spowiedzi, a słodkim uśmiechem, rozszczebiotanie. Była prześliczna w bucikach na wysokim koturnie, w kolorowych sukienkach, a nawet w szkolnym fartuchu, który w tamtych czasach nosili nauczyciele i inni pracownicy szkoły. Kochaliśmy ją bezwarunkowo i bardzo współczuliśmy, gdy ciężko zachorował jej mąż i gdy jeździła z nim do Krakowa na operację, i gdy wkrótce owdowiała. Pisała pięknie. Uwielbiałam lekcje kaligrafii, gdy pani pięknie wodziła kredą po trzech liniach, pokazując sztukę tworzenia liter kształtnych, gdzieniegdzie harmonijnie pogrubionych, czy też cieniowanych. Jeszcze mam w oczach jej dedykację na książeczce, którą dostałam w nagrodę. Była to „Z Afryki do zoo podróż małpki na wesoło”. Pani zawsze kaligrafowała wszystko, co wychodziło spod jej ręki i tworzyła wokół siebie aurę spokoju, miłości, życzliwości, porządku pod każdym względem. Wpisała mi kiedyś uwagę do dzienniczka tym pięknym pismem: „Hania została po lekcjach i skakała po ławkach ”. Znowu wstyd! Znowu dopuściłam się czegoś, co nie licowało z moją powagą! Po latach Tatko mówił, że jako dziecko miałam w sobie dostojeństwo osoby dorosłej i dziwił się, skąd się ono wzięło u szkraba. Chodziłam z piersią dumnie wypiętą i rękami splecionymi na plecach, wygłaszając niebywale poważnym tonem słowa dla dziecka nietypowe, marszczyłam brwi, przysłuchując się czemuś, jakbym rozumiała treści dla kilkulatka niezrozumiałe. Śmieszyło to i bawiło otoczenie. Nazywali mnie burmistrzem. Dziś myślę, że odzywała się we mnie dość wcześnie tęsknota za czymś większym, niż codzienność i potoczność. Najbardziej bowiem uszczęśliwiały mnie chwile wielkie, uroczyste. Czułam się wtedy wzniesiona powyżej możliwości pojmowania i był to stan najbardziej dla mnie naturalny. Czasem płakałam, nie wiedząc, dlaczego. Dziwny smutek lub wzruszenie wymagały samotności. Jej naprawdę potrzebowałam. I muzyki. I tonów naszego strumyka. I gwizdu lokomotywy. I buczków okrętowych. I dzwonów katedry. Naszych lip, a przede wszystkim jabłonki, prawie z nami mieszkającej.

Klasy były bardzo liczne, w ciasno ustawionych ławkach z oparciami siedziało nas ok. 46. dzieci. Wiem to na pewno, bo miałam nr 42 w dzienniku jako Zachorowska, a po mnie była Baja, do tego Z. oraz nowoprzybyli: G. i J. W górnej części pulpitów, na środku, stały codziennie uzupełniane atramentem kałamarze. Pan Grant, stary woźny, był wszędzie. Zdarzało się, że pani wołała: „panie Graaaant!”, a on już się pojawiał gotowy do pomocy. Na każdą przerwę dzwonił osobiście, chodząc po korytarzach, wymachując wielkim dzwonkiem z drewnianą rączką. Był tak zrośnięty z naszą szkołą, że gdy do szóstej klasy przeszliśmy do „dziewiątki” na Bażyńskiego, szukałam tam pana Granta. Woźnym mógł być tylko on! Kiedy skończyło się pisanie, niekiedy z kleksami, wywabianymi pracowicie bibułą, pióra odkładało się do rowków biegnących wzdłuż górnego brzegu pulpitu. Potem pani przypominała, by ręce złożyć na plecach i słuchać, co powie. W klasie panowała cisza, taka cisza, o której w dzisiejszej szkole można tylko pomarzyć. My byliśmy karni, posłuszni. Jedyne, co mogło przerwać tę ciszę, to kałuża pod 1. ławką, w której siedziała Małgosia z zespołem Downa, albo nieartykułowane dźwięki Zenka D., który był mocno upośledzony umysłowo. Nikt się z nich przenigdy nie śmiał! Nie byliśmy jednak manekinami! Zdarzały się psoty i kłótnie pomiędzy dziećmi, ale nikt nie musiał nas uczyć szacunku wobec innych. Razem wracaliśmy ze szkoły, mocząc nogi w kałużach, które zawsze po deszczu rozlewały się po stronie późniejszego stadionu wzdłuż linii tramwajowej. Przemoczone kamasze i długie wełniane skarpetki do kolan, potem zimą góralskie kapce, przywiezione przez mamę z Tarnowa w 1949 r., były wiecznie przez Tatę reanimowane. Nie było przecież obuwia zastępczego- każdy miał jedną parę i o nią powinien dbać sam. Często z Bają chorowałyśmy. Baja na anginy, ja na uszy i zapalenia oskrzeli. Wtedy życie było piękne po powrocie Taty z pracy! Na czas choroby stawałyśmy się królewnami, które ochoczo obsługiwał, rozśmieszał, głaskał, karmił, wysadzał ze słowami: „No, lecą złote kropelki, lecą, lecą, lecą…” aż usłyszał, że nocniczek jest pełny. Kiedy mama poszła w 1959 r. na długo do szpitala, Tata nie posyłał nas do szkoły, lecz codziennie woził do Akademii Medycznej, kupując najpierw w maleńkiej cukierence do niej wiodącej mnóstwo ciastek, a po odwiedzinach u mamy taksówką woził po Gdańsku. Mówił, że dzieciom pozbawionym obecności Mamy, trzeba uprzyjemniać życie. Pani Wiktoria Danielewicz- Byrtek, nasza nowa wychowawczyni, przychodziła do domu ze wskazówkami dla Taty, czego ma nas uczyć i jak. Koniec końców nie miałyśmy żadnych braków w nauce, żyłyśmy szczęśliwie obsługiwane przez Tatę rano śniadaniem do łóżka, potem jego obiadami prawie niejadalnymi. Było mnóstwo śmiechu, jak Tata chciał swoim krupnikiem zaklejać dziury w ścianach pozostałych po nieudanym wbijaniu gwoździ! Krzysio chodził już do szkoły gastronomicznej i to uratowało nam życie. Miło było słuchać tych konsultacji, w których ekspertem był syn, zaś ojciec pobożnym i wdzięcznym oraz entuzjastycznym słuchaczem i podkuchennym. Tata potrafił też zaopatrzyć nas w bieliznę na zimę! W sklepiku przy rynku pierwszy raz w życiu miałyśmy z Bają coś do powiedzenia w kwestii kolorów i fasonów. Sprzedawczyni kładła na ladzie góry koszulek, pończoszek, majteczek, a tata pytał: „No, które się wam podobają?” Mama po powrocie do domu złapała się za głowę po tych rządach i wyglądała na zrozpaczoną wysokością długu zaciągniętego przez Tatkę w pracy. Czasami woził nas z sobą do laboratorium w Gdyni na ul. Św. Piotra 4, gdzie panie G., J., B., i B.- laborantki z Tatki pracowni, zajmowały się nami, pozwalając telefonować z pokoju do pokoju. Dyrektor Jerzy M., inż. Staś M., inż. Wacław K. i pani inż. B. zachwycali się nami, pokazywali swoje pracownie, pozwalali siedzieć przy biurkach i opowiadali o swej pracy bardzo ciekawe historie. W ogromnej bibliotece pracowniczej miałyśmy dostęp do maszyny do pisania i bawiłyśmy się w biuro. Najciekawiej jednak było w pożywkarni, gdzie Tata miał mnóstwo klatek z białymi myszkami, na których robił różne doświadczenia. Z tymi myszkami bawiłyśmy się chętnie, wpuszczając je pod kołnierze i łapiąc z drugiej strony, albo też wkładając do kieszeni. Przez całe życie nie bałam się żadnych myszy. To był wkład Taty w wychowanie nieustraszonych kobiet!

Religii uczyła nas pani Helena Jamroż, która była już starszą, siwą kobietą, uczesaną zawsze w niby kok, zwinięty w górę wokół głowy tuż nad szyją. Była chyba w wieku moich rodziców i na pewno po przejściach. Chodziła przygarbiona i smutna, ale ja wpatrywałam się w jej dobre oczy. Miała delikatnie brzmiący, ale i głęboki głos, którego bardzo lubiłam słuchać. Opowiadała nam pięknie historie biblijne, zachęcała do rysowania znaków, obrazków, uczyła śpiewania kościelnych pieśni. Miała świętą cierpliwość i wielki spokój, wzbudzała mój szacunek. Usłyszałam kiedyś od Rodziców, że ma wiele dzieci, które sama utrzymuje i wychowuje. Nie mogłam sobie wyobrazić domu bez Taty takiego, jak mój, a co dopiero bez taty w ogóle. Zawsze odtąd starałam się być nienaganna pod każdym względem na jej lekcjach. Nie pamiętam już, od której klasy skończyła się w szkole religia i pani Jamroż zniknęła. Widywaliśmy ją tylko czasem w kościele i byłam świadkiem uprzejmości moich rodziców względem niej, pomocy rzeczowej okazywanej jej rodzinie. Była jeszcze biedniejsza, niż my. Jej postać, to bardzo jasny punkt w mojej pamięci o szkole.

Kiedy zachorowała pani Danielewicz, później Byrtekowa, brunetka o pięknych, czarnych oczach, elegancka osoba o pięknej aparycji, zawsze uczesana gładko z przedziałkiem na środku głowy i z ogromnym kokiem, który sprawiał, że miała szlachetny profil, odwiedzaliśmy ją w domu, a właściwie w suterenie położonej na tyłach kina „Delfin”. Tak bardzo zbiedniała! Zawsze szczupła, trzymająca się prosto i godnie, była teraz cieniem człowieka wbitym w pościel. Zadrżałam na widok jej wąskich ust, które próbowały się uśmiechnąć, gdy wręczałam jej jakieś skromne kwiatki. Długo nie mogłam się uspokoić, nie rozumiejąc jeszcze, że pani umiera. Potem często odwiedzałam jej grób, opatrzony medalionem przypominającym to szlachetne oblicze. Dziś zdarza mi się na oliwskim cmentarzu trafiać bez problemu w to miejsce i pomodlić serdecznie, odkrywając w sobie zawsze tę samą duszę dziecka. Mam też przed oczami zdecydowany charakter jej pisma, które nieudolnie próbowałam naśladować. Pamiętam też, że nawet postrach szkoły, pani Kłyś, płakała na pogrzebie naszej wychowawczyni.

W klasie 5. pojawiła się nowa pani, młodziutka Krystyna Ruksza. Dotychczas uczyli nas tylko starsi nauczyciele, poważni i staromodnie ubrani. Teraz spotkaliśmy krótko przystrzyżoną i nowocześnie ubraną polonistkę, która chwaliła się tym, że wszystko szyje sobie sama. Siadała na pulpicie ławki, swobodna i wesoła, wzbudzając w nas powszechną akceptację i podziw. To był świeży powiew nowych czasów. Dziewczynki zamieniły się szybko w jej naśladowczynie, molestując swoje mamy o szycie podobnych, w gruncie rzeczy bardzo prostych w kroju bluzeczek i równie prostych krótkich spódniczek. Kiedy pani Ruksza przechodziła obok, nieustannie uśmiechnięta i rozradowana, nawet trudne treści stawały się zrozumiałe! Kiedy sama stałam się nauczycielką, nieudolnie próbowałam powielić ten styl. W każdym razie czułam, że wiele w nauczaniu zależy od temperamentu i formy działania nauczyciela. Luz i swoboda w obejściu niekoniecznie wywołują w uczniach brak respektu, ale wręcz przyjemnie usposabiają do nauki i trudnych zadań. Wszak pani Ruksza była bardzo wymagająca i konsekwentna, nieugięta i pryncypialna przy całej swej żywiołowości i radości życia. Pewno właśnie wtedy krystalizowała się we mnie wola zostania w przyszłości nauczycielką. Śmiem nawet twierdzić, że z czasem mój ideał osobowości nauczycielskiej stał się summą tych wszystkich według mnie najlepszych wizerunków, które dają uczniowi asumpt do podziwiania mądrości, ludzkiego dobra i ciepła, i sprawiedliwości, pracowitości, solidności i prawdy serca. Stają w tej chwili przed moimi oczami w dumnym szeregu Oni- wielcy i wspaniali: Jadwiga Klossowa, Wiktoria Danielewicz- Byrtekowa, Krystyna Ruksza, Wanda Kosińska, Florian Pasiński, Helena Borsukowa, Mieczysław Widernik, Alicja Michno, Teresa Czajkowska, Andrzej Dolina, a potem także nauczyciele akademiccy: ówcześnie dr Ewa Nawrocka, dr Stanisław Dąbrowski, doc. dr Zbigniew Rynduch, mgr Edward Mazurkiewicz, doc. dr Lebiedziński, mgr Henryka Dwilewicz, doc. dr hab. Hubert Górnowicz, dr Maria Maternicka, doc. dr Jerzy Michno, dr Bogusław Kreja, dr Mężnicki. Może niesprawiedliwie wielu pominęłam, jednak wywołałam z wdzięcznej pamięci jedynie tych, na myśl o których raduje się moje serce i którzy są niezaprzeczalnym połączeniem mądrości serca i wielkiego ludzkiego ducha. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie egoizm ucznia, który ocenia swych mistrzów według jemu tylko właściwego probierza. Wiem, że tylko Oni, poza moim wielkim Ojcem, stali się matrycą mojego rozwoju. Byłoby jakże niewybaczalnym błędem nieprzywołanie w tym miejscu świetlanej pamięci ks. Franciszka Napieracza i ks. mgr Rekowskiego, którzy pozwolili mi na lekcjach religii w salach katechetycznych katedry oliwskiej otworzyć swe serce, mówiące naprawdę najskuteczniej, choć najciszej - swoim własnym przykładem! Żyli najściślej ze swymi uczniami. Ks. Napieracz posunął się nawet do tego, że kupował nam z własnych funduszy zeszyty i modne wówczas wieczne pióra marki „cadillac” wraz z atramentem. Zamiast typowego świadectwa ukończenia nauki, zafundował nam grupowe fotografie klasowe, podpisane później i ostemplowane przez ks, prałata Leona Główczewskiego. Staruszeczek kupił sobie gitarę, na której grał, siadając na stole, zachęcając nas do entuzjazmu w wyrażaniu chrześcijańskiej radości życia. Śmiał się, że nosi dziurawe kalesony, byśmy my, jego dzieci, mieli wszystko, czego potrzebujemy. Gdyby nie On, żyjący na skromnej stopie, Jego uczniowie, nie moglibyśmy jak jeden mąż mieć tego wszystkiego! Bywało, że chcieli się zapisać na Jego katechezę nasi koledzy z klasy, mieszkający we Wrzeszczu! Mam do dziś to świadectwo i prezent od Księdza, opasły śpiewnik religijny „Wielbij duszo moja Pana” oraz widokówkę podpisaną przez Ks. Biskupa Edmunda Nowickiego, przysłaną z Rzymu z obrad II Soboru Watykańskiego! Niestety, przepadł, również zafundowany przez Księdza proporczyk z bierzmowania, na którym każdy miał sam wyhaftować sobie wybraną cnotę i wybrane imię. Ja wybrałam „mądrość” i imię Małgorzata. Ksiądz Napieracz był radosnym dzieckiem Boga, ciągnącym nas do zabytkowych sal, zamkniętych dla ogółu, opowiadającym z przejęciem o dobrym Bogu, wysyłającym gospodarza grupy po świeżutkie pączki do pobliskiej cukierni. Tego naprawdę było nam trzeba. Po nim, już emerycie, pałeczkę przejął i do matury z religii poprowadził młody i wysoko wykształcony ks. Janusz Rekowski. Do dziś pamiętam zażarte dyskusje przez niego prowadzone. Miał wielki szacunek dla naszych przekonań, ale mądrze przeciwstawiał się im, przywołując Pismo Św., Słowo Boże. Tak kształtował umysły poddane obróbce systemu Polski Ludowej w 1968 r., nie bojąc się i nie poddając. Do dziś pamiętam słowa, które wypowiedział, wręczając mi świadectwo maturalne z religii, dzięki czemu wiele razy dodawałam sobie otuchy, gdy życie chciało mnie złamać. Wiem, że wyjechał do Rzymu i kiedy po latach szukałam Ks. Napieracza i Ks. Rekowskiego, pytając o Nich w biurze parafialnym katedry, odeszłam z kwitkiem...

Potrzebowałam Ich w dorosłym życiu. Byli, jak latarnia morska podczas burzy i nigdy nie zapomnę Ich wkładu w mój rozwój osobisty! Byli naprawdę wielcy ci bardzo skromni ludzie czyści moralnie i szlachetni. Zwykle nieudolnie i z mozołem doskonalimy się poprzez calutkie życie, jednak na prostą sprowadza nas pamięć o wychowawcach, czyli tych wszystkich, którzy stanęli na naszej drodze, niezależnie od tego, kim są, czy kim byli. Są naszym sumieniem i stawiają do pionu poprzez wyobrażone reakcje, wyświetlone na ekranie życia. Ta taśma kończy się wraz z naszym odejściem w świat ducha, a może nigdy nie ma końca w cudzie życia, bo tworzy ją i czyni nieśmiertelną trwały zapis Nieskończoności. Tak, jestem z ducha Posłańców, którzy oświetlali moje drogi. Chcę być jak oni w myśli, mowie, uczynku, bez zaniedbania.

Pośród moich Mistrzów byli ludzie różnych poglądów, zwyczajni i komuniści, ale i oni przecież dzielili się na porządnych i kanalie. Jakimś wewnętrznym czujnikiem łatwo było ich oddzielić. Może to DEKALOG, zapisany w sercu i poza wszelkim ziemskim zapisem jest probierzem? Zdaje się, że wszyscy pragnęli jakiegoś dobra, ale nie każdy z nich potrafił oddzielić ziarno od plew. Jedno jest pewne- to życie nas sprawdza i sytuacje, w których rozbłyskuje dobro lub zło. My, wieczni uczniowie i zarazem wzajem dla siebie nauczyciele, tworzymy jakość życia zapisaną w czynach, czy chcemy tego, czy nie. Możemy wygłaszać w nieskończoność deklaracje, składać podpisy i wdzięczyć się do zastanych czasów, ale na pewno to nie my klasyfikujemy siebie w naszych czasach. Sprawdza nas zwykłe, codzienne, ludzkie czy nieludzkie życie. Nasze wybory i nasze postrzeganie. Nasz jasny lub zagmatwany system wartości. Nasz prosty i jasny wybór TU i TERAZ- JAK. Nie trzeba wyjątkowej spostrzegawczości, by się określić pomiędzy. Po prostu, trzeba być sobą bez względu na okoliczności, by spoglądając w lustro, rzec: „To ja. Szanuję cię. Miło mi z tobą być. Jestem przyzwoitym człowiekiem!”.Tak właśnie ja, kobieta w latach, już emerytka, wieczna podróżniczka na szlakach myśli i samokontroli, jestem spokojna. Dzięki moim Mistrzom. Nie poświęcę ani ułamka sekundy wspomnieniu zła, wypływającego z pamięci, czyjejkolwiek słabości. Szkoda mi na to fatygi. To nie moja sprawa. Tak, właśnie! Idę ku jasnej stronie. Każdy odpowiada tylko za siebie! Tak. Za siebie! Amen.

KOCHAŁAM!


Już w 4. klasie na szkolnej zabawie karnawałowej, zorganizowanej w oliwskim „Polmozbycie” poczułam miętę do Leszka P., który był klasowym kolegą Bai i bez przerwy zapraszał mnie do tańca. Chodziło wyłącznie o tzw. powodzenie – miałam je u niego. Po powrocie z tej szkolnej zabawy, nasz sublokator, pan Włodzimierz Awdziejczyk, powiedział na mój widok- rozmarzony i rozjaśniony: „Ach, jej pierwszy bal…”. Moja cudna pierwsza miłość skończyła się, gdy ów Romeo pozbawił mnie podstępnie jednego półbuta, by potem oddać go w warunkach uwłaczających mojej godności. Wracałam ze szkoły na obutej jednej nodze ! Kiedy zostałam przez mamę wywołana z domu, bo przyszedł mi go oddać, byłam nie tylko zażenowana, ale i wściekła. Po akcie zwrócenia mojej własności, okazywałam mu jedynie pogardę i wyższość. Jak można było mnie tak upokorzyć! Odtąd Leszka nie widziałam, stał się zatrutym powietrzem, którego starannie unikałam. Wreszcie zrozumiał, co przyjęłam z ulgą. Wtedy zwróciłam swe łaskawe spojrzenie jedenastolatki w kierunku Józefa Z., także ucznia klasy „a”, który wpisał mi do pamiętniczka takie słowa: ” Kocham ciebie, jak kokoszkę, bo kogucik kocha troszkę”. Były też wymowne spojrzenia, trzymanie skakanki i wyjątkowa spostrzegawczość z obu stron. Tyle. Miłość rozwiała się, jak sen jaki złoty, gdy odeszłam do „dziewiątki”. Tam zaś czaiło się wielkie i głębokie uczucie podtrzymywane szczególnie podczas licznych chorób, kiedy to Grzesiek P. i Baja stali się doręczycielami tajemnej korespondencji, ukrytej w polecanych do przeczytania książkach, najczęściej o Dzikim Zachodzie. Adam P. pisał na przykład o tym, że oglądał w telewizji świetny film „Burza nad Azją”, a na końcu dopisywał słowo: ”cherioo”, którego wcale nie rozumiałam. Drałowałam także co i raz na leśną polanę z Izą B., Haliną L. i Marylą D. oraz Ewką J., by podziwiać narciarskie wyczyny Adama i chłopców z klasy na sztucznie skonstruowanej skoczni. Byłam bardzo dumna ze sprawności fizycznej swego ukochanego i zachwycona jego wyczynami. Pisałam na mocno ochuchanej szybie jego słodkie imię, mając przekonanie, że pozostali chłopcy nigdy go w niczym nie przebiją. Przeżyłam wstrząs, gdy Maryla obwieściła mi, że zakochała się skrycie w Adamie i mnie za to przeprasza. To było straszne, ale i ozdrowieńcze. Wtedy właśnie po raz pierwszy i na zawsze wypisałam się z konkurowania o względy chłopaka, do którego łask pretenduje inna dziewczyna. Nigdy potem nie zdarzyło się, bym zakochała się w kimś „zajętym”. Adam został wolnym chłopakiem do wzięcia! Pikanterii dodaje fakt, że wszyscy społem wędrowaliśmy na religię i widywaliśmy się codziennie w szkole. Adam nawet bił się z P., o to, który będzie nosił moją teczkę po szkole do domu. Zawołany zabijaka Robert nawet pobił Adama! Tego było za wiele. Skończyłam z miłością! Oczywiście, na jakiś czas…

Długo leczyłam rany, przyglądając się jedynie, jak Lech Ł. i Witek T. kochają się w Izie, jak Ewka J. marzy o jakimś nieinteresującym nas chłopaku i wyśpiewuje „Meksikanę” na całe gardło, naśladując piosenkarkę. Nasze serca gotowe były do lotu, ale żenowaliśmy się okazywaniem względów swoim wybrankom. Długo opracowywaliśmy rodzaje wymownych spojrzeń, czyhaliśmy na okazję, by być pomocnymi np. w kwestii pożyczenia zeszytu, kamuflowaliśmy gesty, by nikt poza ukochanym ich nie odkrył. Nasze trzynastoletnie i czternastoletnie serca biły w rytmie niespotykanej czułości na dźwięk imienia lub tylko na widok ukochanych, a nawet ich rodziców. Doprawdy, nie wiem, co było wtedy gorsze, kochać czy nie kochać. Oba stany kosztowały wiele energii i były godne pożałowania. Myślę, że nasi rodzice nie zdawali sobie sprawy ze stanu swych dzieci, sądząc naiwnie, że są jeszcze niewinne i nieświadome uczuć, oczywiście poza rodzinnymi, jakby nie imały się ich hormony okresu dorastania! A one nie tylko się imały, ale i mocno dawały w kość, rozpraszając uwagę i zużywając energię, która mądrzejsi od nas kierowali w stronę nauki. Kiedy wędrowaliśmy przez całą Oliwę na wf do hal sportowych AWF aż pod Sopot, w drodze popisywaliśmy się, czym kto mógł. Dziewczyny farbowały sobie na śmiałe kolory pończochy w prążki, noszone na staniczkach z długimi podwiązkami i dzielnie znosiły potem przebarwienie nóg. Tylko Iza miała oryginalne rajstopy z paczek amerykańskich, nieprzepisowe- czerwone i zielone. Potem Maryla D. z Niemiec. W końcu i ja napisałam dwa listy żebracze do stryja Heńka z Londynu dla siebie i Bai, co zaowocowało zdobyciem rajstop w stonowanych, niestety, kolorach- szafirowym, zielonym i czarnym. Była wielka afera, bo tata oburzył się moją zuchwałością i bezprzykładnym brakiem godności osobistej, uważając, iż nie wypada nikogo o nic prosić tym bardziej, że przecież mamy wszystko! Byłyśmy z siostrą zgnębione i nie rozumiałyśmy, że w tym przypadku honor jest cenniejszy od fatałaszków. Czułyśmy też, że czas rozstać się z kamaszami i narciarami, które dziewczynkom odbierały kobiecy wdzięk i lekkość. Wtedy podbierałam mamie, idąc do szkoły, jej śliczne botki, narażając się na słuszny skądinąd gniew. Była przecież uziemiona w domu, dopóki nie wróciłam! Ale udało się, mama znalazła ładne i tanie skórzano-filcowe buciki z cholewkami w szkocką kratkę i mogłam już żyć normalnie! Do tego rodzice nareszcie pojęli, że córkom nie wystarczają już przeróbki ze starego na nowsze i od tej pory co jakiś czas pani Zającowa szyła nam coś „z nowego”. Baja lubiła stylizować się „na biedę”, co oburzało rodziców. Swoja pelisę ze starego zająca ostentacyjnie podczepiała wielkimi, widocznymi z daleka agrafkami. Była nieugięta i stanowczo nie pozwoliła mamie na żadne korekty tego parweniuszowskiego stylu. W końcu rodzice się poddali.

Pamiętam też, ile serca włożyłam w tych czasach w opanowanie roli Podstoliny na szkolne przedstawienie z udziałem rodziców. Mama przerobiła dla mnie swą teatralną ciemnozieloną aksamitną suknię. Wykonała też piękny wachlarz z najprawdziwszych strusich czarnych i kilku białych piór oraz pożyczyła mi lekkie trzewiki na obcasikach. Iza była wdzięczną Klarą, którą pani B. odziała w powiewną, dziewczęcą, pewno muślinową jasną szatkę i mistrzowsko wyreżyserowała jej rolę. Marek Ś. był Papkinem uzbrojonym w drewnianą szabelkę, Witek zaś T.- ascetycznym Rejentem Milczkiem w stosownym żupanie i z wymalowanymi węglem sumiastymi wąsami i brodą. Cześnikiem kto był- nie pamiętam, może Witek S.? Może Robert P.? Jak podaje Iza, może Marek K.? Pewne jest to, że włożyliśmy całe serce w odegranie tych ról i na pewno do dziś nosimy w sercach radość, że było nam dane być artystami na użytek szkolnej sławy i radości oraz dumy osobistej. Potem już nigdy nie zagrałam żadnej roli na szkolnych przedstawieniach, ale za to wkroczyłam na scenę swego życia z pełną naiwnością graniczącą z głupotą, zwaną niekiedy brakiem doświadczenia lub nieświadomością reguł rządzących realnym światem. Podejrzewam, że to właśnie bezgranicznie odczuwane poczucie bezpieczeństwa wyniesione z rodzinnego domu rozciągnęłam na każdy obszar, po którym przychodziło mi się poruszać. Podejmowałam liczne próby z nastawieniem na osiągnięcie mistrzostwa, ale mimo moich starań Główny Reżyser ciągle dostrzegał jakieś błędy i proponował nowe rozwiązania a to w postrzeganiu ludzi i świata, a to w sobie. Kazał mi szukać doskonałości ukrytej gdzieś głęboko i wydobywać z siebie coraz to nowe pokłady realizmu, z którym pozostawałam i do dziś nawet pozostaję na bakier. Wycofywał mnie często z ról, których pragnęłam, obsadzając mnie na scenach, które mi się nie podobały. Bolało. Bolało coraz bardziej. Boli do dziś, skoro ograniczam się obecnie najchętniej do kreowania swych dni wśród ukochanych ścian, spraw dzieci, w gronie rodziny, bliskich znajomych, przyjaciół, książek, pięknej muzyki oraz twórczej pracy z myślą o dorosłych dzieciach lub wnuczętach. Przedkładam nadal bezpieczeństwo nad ryzyko jego utraty. Jestem gotowa do nowych ról, ale bardzo, bardzo ostrożna…

Moi nieznajomi mężczyźni

„Nie zawieraj przypadkowych znajomości”. Dobrze.

Moje były tylko takie!

Nie byli mi przedstawieni. Zrobili to osobiście.

Jako pierwszy spośród nich przytulał mnie

każdym słowem Axel Munthe z San Michele.

Potem był niewzruszenie dobry Wojtyła Karol.

Daleki i bliski.

Mówił tylko do mnie i znam go na pamięć serca.

I Saint Exupery!

Nigdy nie zapomnę Bogumiła Niechcica i Benedykta z Korczyna!

Tacy męscy faceci!

Było ich jeszcze kilku, których poznałam tak dalece…

Wciąż otaczają mnie mocne ramiona, gdzie rozum i serce.

Może dziwi ich zażyłość ze mną tak miękka jak pamięć dobra?

Niektórzy byli żonaci? Są skonsternowani? Niech tam!

Przecież nie jestem

samotną dziewczyną wypatrującą mężczyzny

po zaułkach- na czatach- snującą nici zamglonym okiem łowczyni.

Z taką obstawą zawsze bezpieczna

w każdej ciemności

z pocałowaniem ręki.

Wystarczy.


NIEBO  DO  POPRAWKI


Do dziś mam wrażenie, że nie zostanę już smakowitą babeczką odzianą w prześliczną i kuszącą piankę, posypaną bakaliami, ani soczyście naponczowanym tortem rozwarstwionym słodyczą, puszystością, konfiturą i przybranym różnobarwnymi afrodyzjakami z owoców! Kim jestem? No, może jeszcze nie piernikiem, ale na pewno dobrze uformowanym i czerstwym drożdżowym ciastem z kruszonką, ukrywającym w swym wnętrzu słodziutką marmoladkę… Nudy? Pewno sama nie sięgnęłabym po coś takiego nawet w desperacji. Zawsze wolałam świeżo upieczone cokolwiek, co było słodkie, chrupiące, wybierałam dla osłody wielgachną łychę miodu, melasy, dżemu czy konfitury. Mimo to podobam się sobie, bo jeszcze nigdy nie nudziłam się w swoim towarzystwie. Mogę na sobie polegać. Wiem, co mnie może niezawodnie pocieszyć. Lubię patrzeć sobie w oczy, gdy czają się w nich iskierki radości, którą noszę w sercu. Wprost uwielbiam swoje herbatki w pięknych filiżankach z ciasteczkami o cudnym aromacie, przy czułych dźwiękach panoszących się w mej głowie. Zawsze mam w głowie pod ręką jakieś tony znane na pamięć i jestem gotowa nucić sobie, co aktualnie powróci z dawno zapisanych w pamięci z ukochanej muzyki. Niech żyje życie, w którym może kiedyś odkryje się jeszcze Całe Niebo! Naprzód!

A miłość? Czymże jest, skoro zachwyca pięknem i uduchowia jedynie za cenę cierpienia? Jeśli nie ma w niej łaski wiecznotrwałego oddania, radości dawania i przyjmowania, pozostaje tylko ofiarą. Pewno nie powinno się o niej mówić i jej rozważać, bo istotą tej prawdziwej jest trwanie mimo wszystko tylko dlatego, że rozgrywa się, obdarowując pałającego. Skłaniam się dziś do jej uniwersalnej postaci i to niech ona się we mnie rozgości, przynosząc radość sercu na dziś, jutro, pojutrze. Tak, niech trwa radość, radość, radość i budzi się każdego ranka na nowo w niewinnym sercu dorosłego dziecka, którym jestem. Co i raz na nowo zastanawiam się nad fenomenem gotowości do poruszeń serca i ciągle na nowo wydaję z siebie nowy głos na ten temat.

Jeszcze

I jeszcze ten żagielek jak żagiew

Co sercem pomyka otwiera bezkresy

Kropelkami rosy wonny jak bryza

Łaskocze każdą piędź cieniutkiego woalu

Smugą światła na rysunku pamiętania

Łopoce to przechyla na spoczynek

Moje serce


Jest i tak, jakby nigdy nic się nie stało, a jedynie warte fatygi jest rozmawianie z sobą w duchu najspokojniejszego ugłaskania tego, co najmilsze i najwartościowsze w pewnej fazie życia- świętego spokoju, łagodnego przepływu czasu pomiędzy szczęśliwymi godzinami, które zasługują na łaskawe traktowanie.

Pociecha

Już dobrze,

ja w mchu się wymoszczę

Uwiję w nim sobie słowa

Rozmięknę lekko, przejrzyście

Pod kapeluszem ma głowa

Zamoknę sobie z ajerem

Poszumię, poplączę się w gąszczu

Popłynie płynnie ma mowa

Rozpłynie mgiełką w powietrzu

Zamieszkam w sobie samiutka

Srebrnym kluczykiem się zamknę

Zagadam do siebie: „Słodziutka,

Czy weźmiesz mnie z sobą porankiem?

Układne zachowam maniery

Zasłucham w serduszka bicie”

Zostaną po mnie papiery

Takie to było me życie


Tak oto się układam na nowo najspokojniej w tym świecie, by przestać śnić o minionym, by już niczego nie szukać i się niczym nie martwić, bo przecież już wszystko się stało, co najważniejsze i najgorsze, i najpiękniejsze.

Leciutko

I tak na nitkach

babiego lata

upływam sobie leciutko

z ostatnim świerszczem

wplecionym we mnie

jak w wiersz

leciutko


Mam jeszcze wiele do przekazania swoim wnuczętom. W bieżącym roku wydałam pod panieńskim nazwiskiem książkę dla dzieci dedykowaną Antosiowi. Jest to: „Historyjka całkiem nowa o Niponkach z Niponkowa”. Obecnie kończę jej kontynuację dla Adelinki. Ta ostatnia jest metaforą mojej podróży przez życie. Obie książki wyrażają optymistyczne przesłanie nt. roli babci w rodzinie. Powstają także wierszyki dla moich wnucząt, które rozświetlają dnie, ale też są przykładem kreacji nowego świata, w którym miłość nie boli, bo mieści się w krainie czaru dzieciństwa. Ono we mnie zwycięża.

Kiedy uda mi się uporać z najważniejszymi sprawami, napiszę, jak upływało moje rodzinne życie w jego najważniejszej części. Który kawałek nieba budowałam wtedy? Jeszcze nie wiem. Pisząc, wspominam, a wtedy dopiero otwierają się przede mną kolejne odsłony czasu i widzę coraz jaśniej i wyraźniej. Stają przede mną ludzie, sytuacje, odżywają uczucia dawno zapomniane lub celowo pogrzebane, wyparte. Czuję z wielką, dopiero wtedy dorosłą świadomością, wręcz namacalnie, każdą chwilę i jej smak, cierpkość, słodycz, obrzydzenie lub błogość. Przeżywam na nowo, czuję, smakuję, słyszę. Wyostrza się nawet powonienie jako realne spotkanie z każdym przeżytym już dniem. Można więc uznać, że moje życie toczy się podczas pisania jako podwójna, siostrzana linia. Czy zaczęłam je od nowa? Chyba tak. Fenomen czasu w mojej drodze został widocznie ujęty w ten sposób, bym żyła jeszcze raz na drodze już przebytej, wobec tego na pewno to przeszłe „Było. Nie minęło”, trwa.. I tak niech już pozostanie, bo pod zamkniętymi powiekami widzę i przeżywam na nowo swoje piękne dni. Może okaże się, że mimo wszystko było to moje „Całe niebo”? Wszak doskonałe jest tylko to, co zawiera wszystko? Mam nadzieję, że tak właśnie będzie mimo niedoskonałości i chropowatości, jak to bywa z bezchmurnym lub usłanym przeróżnymi rysunkami chmur nieboskłonem. Niech będzie właśnie tak, że:

Za wieloma górkami i nad tym jednym morzem

przy jedynym strumieniu, tylko i wyłącznie tym

szemrzącym znajomo w cieniu pół na pół

mieszkam wciąż

choć tyle domów

ubrałam własnymi rękami.

Pieszczotą

oczu

rozjaśniałam.

Pod tę jabłoń jeszcze nie wychudłą

idę poleżeć w południe.

Niestrudzenie ubieram ją w suknię

stroję w kwiaty

i brzęczę bezwstydną łzą

zapylając jej czar

we wszystkie cztery pory roku.

To co że mogę już tylko

przygarnąć ją świeżo zamykaną powieką

pod którą trzymam kurczowo czas

dany mi na zawsze i to za pół darmo.

Potem już cieszę się wszystkim

podskakując cała w falbankach

i rzucając ceglane szkiełko

w kolejne

kwaterki gry w klasy.


Dodam, że w prawym górnym rogu wykresu tej gry rysowaliśmy wielkie koło, oznaczające ni mniej, ni więcej- NIEBO! Wtedy naprawdę nie przyszło mi do głowy, że do tego właśnie miejsca prowadzi całe moje życie, bo góra przegląda się na dole, jakby w lustrzanym odbiciu, umożliwionym wyłącznie przez kałuże, z których przeskakiwałam co i raz na suchy ląd kolejnych etapów... Tak, wylałam kałuże łez, a każda z nich kosztowała majątek w najlepszej szkole, bowiem: „Non scholae, sed vitae discimus”.


Szczecin, 23. 11. 2013 r.


Początek strony.