Start  ›  Artykuły  ›  Wspomnienia z ul. Polanki 37  ›  Pani Kika  ›

Anna Chabior z d. Zachorowska

Pani Kika


Nasz dom rzadko gościł, przyjmował, chodził z wizytą. Chyba sobie wystarczaliśmy, bo każdy dzień i tak kończył się obładowany wrażeniami i niedokończonymi sprawami, że trzeba było odkładać na później te rozpoczęte, mieć wiele do zapamiętania koniecznych i bardzo ważnych na dalsze „później”. Na przykład pranie w balii i na tarze dla pięcioosobowej rodziny to nie lada sztuka. Potem prasowanie ciężkim jak ołów żelazkiem tony prześcieradeł, poszew i poszewek, obrusów, sukieneczek z falbankami, fartuszków z motylimi skrzydełkami, koszul taty, bluzeczek, koszul nocnych, miliona chusteczek do nosa, ścierek kuchennych… Przed świętami dochodziły do tego firanki i zasłony, mycie 64. szyb wielkich okien, liczących tyle samo skrzydeł. Dzięki temu dom pachniał czystością, a ręce mamy pokrywały się kolejnymi bruzdami i nagniotkami. Smarowała je wieczorem gliceryną, którą przynosił z pracy tata. Poza tym wszystkim, mama „wyciągała nogi” do rynku aż na Westerplatte i wracała obładowana, żeby ugotować obiad, nakarmić całe towarzystwo i jeszcze po południu zabrać dzieci na nabożeństwo a to majowe, a to czerwcowe, a to na nieszpory. Trzeba dodać, że był jeszcze wielki ogród do wypielenia chwastów, wiele szmatek, z których mama wyczarowywała serdaczki z filcu, kapelusików dla dziewczynek i kapeluszy dla siebie co sezon innych, wędrówek na suknach dla polerowania parkietowych podłóg…

Mała Hania lubiła przyglądać się mamie, jak się czesze i ubiera, jak maluje usta i linie brwi, na końcu muskając nadgarstki i miejsca pod uszami zapachem „poemat”. Nawet sprzątając mama była elegancka. Nie nosiła żadnych fartuchów, no może jedynie na wierzchu przy gotowaniu i praniu. Hania do dziś pamięta jej domowe garsoneczki szyte przez Zającową. Kiedy mama mierzyła robione przez siebie piękne kapelusze, przeglądając się w lustrze akacjowej toaletki, była niezwykle piękna! Była przecież stuprocentową, przedwojenną czyli najprawdziwszą warszawianką, elegantką z morskiej pianki, która z byle czego „ukręciła” toczek czy inne cudo na głowę swoją, mężowską czy dziewczęcą.

Pewnego razu do naszego domu zawitała na herbatkę pani Kika czyli Jadwiga Makowska, dawna sąsiadka rodziców jeszcze z Domu Zarazy przy starym młynie. Też przedwojenna i najprawdziwsza warszawianka i elegantka z morskiej pianki. Była pachnąca i świeża, pięknie ubrana w zamaszyście zarzucony na ramiona na pewno jedwabny szal w smoki i faliste wzory. Cały nasz dom napełnił się panią Kiką, której charakterystyczny drżący i lekko chrypiący śmiech rozbrzmiewał pomiędzy stołem, bufetem i kanapą, wibrował pomiędzy liśćmi ogromnej palmy, kencji, odbijał się od zasłon w kwieciste bukiety, prześlizgiwał przez szpary ruchomych drzwi zajmujących całą jedną ścianę salonu. Pani Kika zawładnęła nami bez reszty i na nic zdały się groźne miny mamy kierowane do dzieci, by poszły do siebie. Na nic słowa: - Dziewczynki, pożegnajcie się z panią. No, już! O, nie! Tata zawsze był po naszej stronie i mogłam sycić swe oczy i uszy magnetycznym urokiem pani Kiki aż do jej odejścia, które skończyło się odprowadzeniem jej do domu przez oboje rodziców.

Zachwycające było to, że wszystko miała przepiękne. Przedziwnie upojny zapach, pełne usta pociągnięte najczerwieńszą czerwienią, rumieńce i błyszczące, czarne jak noc, oczy, ponad którymi falowały, jak u mamy, malowane brwi. Nad wysokim czołem pani Kiki stały w równym szeregu gęste włosy kasztanowego koloru. Widać było sztukę czesania się opanowaną do perfekcji! Do tego, kiedy gestykulowała, Hania zachwyciła się pięknie utrzymanymi dłońmi i smukłymi paluszkami z paznokciami umalowanymi najczerwieńszą czerwienią! I ten śmiech pani Kiki, który podrywał do lotu całą estetyczną wrażliwość małego dziecka, które przywykło do stonowanych barw świata, w którym żyła.

Pani Kika prosiła mamę o zrobienie kapelusza, choć przecież na Armii Polskiej, o krok od siebie, miała pracownię kapeluszy pani Borysławskiej. Na wystawie, na „grzybkach”, czyli stojakach, oliwska mistrzyni modniarstwa eksponowała swoje najlepsze i najnowsze dzieła. Dlaczego przyszła z tym do mamy? Chodziło o przeróbkę, bo pani Kika nie mogła sobie pozwolić na nowy nabytek, a znała dobry smak mamy i jej kunszt.

Zaczęło się mierzenie pięknej głowy pani Kiki, rysowanie modelu, wywijanie przyniesionym, i uznanym za przestarzały, kapeluszem butelkowej zieleni z bordowym paskiem wokół główki. W końcu ustalono szczegóły, termin przymiarki i … wszyscy wypłynęli w swoich popelinowych płaszczach i w kapeluszach, w świątecznych trzewikach na grubych obcasach, by pani Kika bezpiecznie dotarła do domu przy starym młynie.

Hania została sama w pokoju, aby jak najdłużej chłonąć woń perfum i atmosferę tego spotkania. Chciała zatrzymać tu elegancję kobiety, która, nie mając dzieci, utrzymując gosposię, mogła nosić się tak lekko i czarująco! Mieć to wszystko, czego nie miała jej mama. Szkoda!

Dziś babcia Hania opowiada swoim wnukom o tym świecie, którego już nie ma, bo wszystko płynie w czasie tylko w jednym kierunku i nie da się zawrócić jego biegu. Pisze, bo nie wiadomo, czy uda się opowiedzieć to wszystko innym sposobem. Wszak jej się nie udało usłyszeć babcinych historii, których brak odczuwa do teraz.


Szczecin, 7 sierpnia 2015 r.


Początek strony.