|
Anna Chabior z d. Zachorowska
Kapelusze jak rajskie ptaki
Mama od czasu do czasu wyjmowała z przepastnego kufra przeróżne drewniane formy, tzw. „główki” do robienia kapeluszy oraz mnóstwo ciekawych, wymyślnych podstaw do wyrabiania rond, maleńkie żelazeczko (mam je do dziś mocno przerdzewiałe), zaparzaczkę i małe gwoździki, maluteńki młoteczek i maszynę do szycia na korbkę. Wówczas też na wielkim kuchennym stole pojawiało się mnóstwo innych tajemniczych przedmiotów, ale najważniejszy był kaplin, tzn. filcowy materiał na nowe cudo, które wyjdzie spod mamy zręcznych rąk. Znaczyło to, że powzięła zamiar, by „ukręcić sobie”, jak mawiała, nowy kapelusz na wiosnę, może zimę. Potem rozpoczynała się praca pełna napięcia, niczym w alchemicznym laboratorium. Była tak zaaferowana, że mnie nie dostrzegała, dlatego mogłam do woli przyglądać się tym czarom, a bywało, że udało mi potrzymać nad parą rondo lub główkę, a potem naciągać je na tę formę, by potem zaprasować wszystko przy pomocy mokrej zaparzaczki wspomnianym maleńkim żelazeczkiem, a następnie poprzybijać maciupeńkie gwoździki we wskazanych miejscach. Praca była pełna skupienia, jakby modlitewna. Na koniec pomagałam dobierać taśmę na wykończenie kapelusza, a bywało, że razem wykrawałyśmy maleńkie wzorki z pozostałości filcu, robiąc piękny motyw, wieńczący dzieło. Niekiedy na kartce powstawały rysunki, nad którymi mama debatowała z wypiekami na twarzy, aż wreszcie, bardzo zadowolona, gromadziła potrzebne materiały i natychmiast przystępowała do działania. Zdarzało się, że przeglądała francuskie żurnale modniarskie, przywiezione przez tatkę z Paryża. Były to czarno-białe modele prezentowane przez piękne modelki w kreacjach codziennych, koktajlowych, ślubnych i wieczorowych. Nie mogłam oderwać oczu od wzorów dopasowanych finezyjnie do charakteru ubioru, podkreślającego kobiecą urodę. Ach!
Warsztat modniarski mamy był bardzo bogaty. Było w nim wiele kaplinów i stożków, nawet słomkowych kaplinów i słomek zwiniętych jak wełna przed przekształceniem w motki, taśmy, woalki. Pióra strusie - czarne, białe i ciemnozielone oraz inne egzotyczne, np. „rajery” i „krosy” nabyła mama jeszcze w Tarnowie, gdzie po wyzwoleniu stworzyła pracownię kapeluszy „Lili” przy ul. Legionów. Był nawet rajski ptak z Nowej Gwinei, o czym zapewniała weteranka wojenna, która pewnego dnia pojawiła się w drzwiach. Kobieta w mundurze wracała z wojennej tułaczki. Mówiła, że walczyła pod Monte Cassino. Przywiozła towar do sprzedania, bo pieniądze były „niepewne”. Teraz potrzebuje na życie. Wszystko to mama zakupiła z wielką radością, ponieważ po wojnie brakowało wszystkiego. Teraz, poza renowacjami z powierzonego materiału, pojawią się w witrynie zupełnie nowe wzory! Trzeba mi w tym miejscu dodać, że wówczas mój brat, Krzyś, przebywał w sanatorium w Rabce, gdzie umieściła go mama po wojennej tułaczce z Warszawy. (Historię cudownego uratowania mamy i brata przed obozem w Oświęcimiu umieściłam w historii rodzinnej pt. „Mój Dom Nieśmiertelny”.
Była to praca w oparach różnych chemikaliów np. „szerlaku”, który mama sporządzała sama z jakichś tajemniczych składników. Była przy tym uważna i bardzo skupiona, wobec tego, dopóki nie skończyła dzieła, nie można jej było pod żadnym pozorem rozpraszać. Lubiłam patrzeć, jak przymierzała powstający kapelusz i jak kokieteryjnie spoglądała do lustra, zsuwając go sobie na boki lub nasuwając poniżej linii czoła, które miała bardzo wysokie. Mówiła, że to od mierzenia kapeluszy. Zawsze po wykonaniu części podstawowej przychodził czas na wykończenie, czyli ostateczny efekt. Wówczas na stole pojawiały się przeróżne, wielobarwne i sztywne taśmy, spośród których dobierała tę właściwą. Po wielu próbach, wywijaniu w powietrzu jakimś detalem, powstawało piękne zwieńczenie na linii ronda. Miała mama wielką fantazję i gust! Wyczarowywała nakrycie głowy tak, że nawet najskromniejsza sukienka, garsonka czy płaszcz prezentowały się elegancko i szykownie. Potem z wdziękiem nosiła wykonane cudo i wprawiała mnie w wielką dumę, kiedy całą rodziną kroczyliśmy do kościoła lub spacerowaliśmy po parku albo wyprawialiśmy się na molo do Sopotu, czy na Skwer Kościuszki do Gdyni.
Nie było lekko utrzymać pięcioosobowej rodziny z jednej pensji, ale mama umiała własnymi rękami czynić cuda, przerabiając stare rzeczy, nicować je i odświeżać! Ubierała mnie i siostrę w kapelusiki dopasowane do reszty ubiorów prawie od kołyski. Nosiłyśmy je, wyróżniając się tym wśród rówieśników, co wcale się nam nie podobało. Na nic zdawały się protesty. Musiałyśmy być od stóp do głów odpowiednio ubrane i nawet ukochany tatko nie mógł nic wskórać! Dzięki pomysłowości mamy i jej wizji stylu powstawał nasz wizerunek jedyny i niepowtarzalny. Składały się nań głównie tzw. dodatki w postaci rękawiczek, torebek i dobranych ozdób. Mama powtarzała mi: „Haniu, nie przesadź z ozdobami. Lepiej ich mniej, niż o jedną za dużo.” Ja, niestety, miałam tę skłonność do przesady, z którą borykam się do dziś … Mam w pamięci, jak powstawały maleńkie bukieciki z filcu wykrawane żyletką i miniaturowymi nożykami. Taki śliczny drobiazg najpierw tańczył, robił w powietrzu piruety i w końcu opadał z wdziękiem na przeznaczonym miejscu, w którym potem się pysznił, podkreślając urok osobisty mamy.
Szkoda, że minęły czasy, gdy panie nosiły kapelusze przez okrągły rok. Nie wypadało wychodzić z domu z gołą głową, w niezapiętym płaszczu czy żakiecie. Obowiązywała zasada, że tylko do lasu, na rower można ubrać się niedbale, tzn. sportowo. Żadnych spodni! Wykluczone! W spodniach tylko na narty, sanki, łyżwy! Obowiązywała zasada: ”Jak cię widzą, tak cię piszą”. Poza tym niedopuszczalna jest swoboda w ubiorze u porządnej dziewczynki! Dziś, na szczęście, każdy określa swój styl bez problemu, bo świat stał się mieszaniną wszystkiego, co nazywa się modą i dizajnem. To mi się podoba!
Trzeba mi z dumą zdradzić, że sama zrobiłam kilka słomkowych kapeluszy jako nastolatka. W latach 60. nastała na nie moda! Nikt nie posiadał takiego magazynu słomek z bieżącego metra, jak my! Były granatowe, mieszane czerwono-ecru, pawio zielone z czerwienią, niebieskością i żółcią, czarne, o barwie słomkowej. Zszywałam je więc ręcznie według form pod maminym okiem, a potem… nosiłam tzw.” Piotrusia” i plażowy z szerokim rondem. Inne mama sprzedawała znajomym, a ja mogłam sobie kupić upragniony koszyczek ze skórzanymi rączkami i wieczkiem, jedwabną chustkę, a nawet piękny elastyczny kostium kąpielowy.
Dziś ze świecą szukać pracowni kapeluszy, bo wszystkie wyroby tego rodzaju są do nabycia w sieciówkach, a do tego w jednym jedynym fasonie. Niemożliwe jest spotkanie z modystką, u której wybierze się kolor i gatunek filcowego kaplina, omówi fason, by mieć nakrycie głowy według swego upodobania lub model z najnowszego żurnala. Wystarczy rozejrzeć się w autobusie i tramwaju, by z ubolewaniem odkryć byle jakie formy udające kapelusze lub stroiki. Choć mam jeszcze kilka pięknych kapeluszy, to jeżdżąc autobusem i tramwajem, natykając się na ludzi w czapkach i kapturach, nie czuję się w nich najlepiej. Chyba jednak prawdą jest, że kiedy wejdziesz między wrony, będziesz krakał, jak i one… Wszystko mija, bo takie jest życie.
Drewniane główki i ronda zjadły korniki… Mama odeszła na zawsze, a ja rozkoszuję się pamięcią jej mistrzostwa w sztuce modniarskiej. Nigdy nie nakryła głowy chustką pilotką, czy papachą nawet w największy mróz. Mam ją w pamięci i na fotografiach w arcydziełach rąk i kobiecego wyczucia stylu. Na pewno czaruje Niebo swym wdziękiem. Moja mama, mistrzyni modniarstwa, Feliksa z Topolewskich, promo voto Mężeńska, secundo voto Zachorowska. Moja duma.
Szczecin, 19 czerwca 2016 r.
| |